#21: Excelsior

Za kilka godzin będziemy już wiedzieć, czy Felixowi Baumgartnerowi udało się drugie podejście do skoku znad chmur. Jedni się fascynują, inni drwią albo zastanawiają się, komu to potrzebne i dlaczego. Jeszcze inni uciekają z własnych konferencji prasowych, żeby nie przegapić transmisji. Nie udało się w środę, może uda się w niedzielę. Tymczasem jednak, dopóki Felix nie skoczył (albo nie przegrał znów z wiatrem), opowiem Wam o jego poprzedniku i mentorze.

Joseph Kittinger karierę wojskową zaczął jako pilot, członek 86 Skrzydła Powietrznego US Air Force, stacjonującego w niemieckim Ramstein. Po czterech latach służby został przeniesiony do bazy Holloman w Nowym Meksyku, gdzie oblatywał samoloty rozpoznawcze. Jedną z misji było obserwowanie przejazdu pułkownika Johna Stappa na saniach rakietowych, podczas którego Stapp osiągnął prędkość ponad tysiąca kilometrów na godzinę. Między panami zrodził się obustronny podziw, który poskutkował zarekomendowaniem Kittingera przez Stappa do prac związanych z badaniem awiacji kosmicznej.

Pułkownik nadzorował też testy balonów stratosferycznych, dzięki czemu Kittinger wziął udział w operacji Project Manhigh. W ramach badań nad wpływem promieniowania kosmicznego na ludzi odbyły się trzy loty balonem do stratosfery. 2 czerwca 1957 roku Kittinger wziął udział w pierwszej próbie, wzlatując na wysokość 29,5 tysiąca metrów. Stąd był już tylko krok do Projektu Excelsior, którego celem było testowanie nowego typu spadochronów, stworzonego przez Francisa Beaupre’a, przeznaczonego dla pilotów myśliwców latających na dużych wysokościach. Wcześniejsze testy z manekinami pokazały, że rozpędzenie do bardzo dużej prędkości i ruch obrotowy wytworzyłyby przeciążenia, które skończyłyby się dla spadającego śmiertelnie nawet, gdyby miał ze sobą tradycyjny spadochron.

W ramach projektu odbyły się trzy skoki. Pierwszy z nich o mało nie zakończył się dla Kittingera tragicznie – spadochron stabilizujący otworzył się zbyt wcześnie, skoczek wpadł w ruch obrotowy i doszło do utraty przytomności. Na szczęście główny spadochron zadziałał automatycznie, a nieudana próba nie zraziła kapitana do dalszych skoków. 16 sierpnia 1960 roku, podczas trzeciego podejścia, wzniósł się na wysokość 30942 metrów, najwyższą osiągniętą wtedy przez człowieka w balonie. Podczas wznoszenia uszkodzeniu uległa uszczelka w prawej rękawicy Kittingera, jednak zataił on tę informację przed załogą naziemną pomimo ogromnego bólu. Po dotarciu na planowaną wysokość, odczekał 12 minut, a następnie wyskoczył, spadając swobodnie przez 4 minuty i 36 sekund. Na około 5 km nad ziemią otworzył się główny spadochron, i całość zakończyła się szczęśliwym lądowaniem na pustyni w Nowym Meksyku. Z prawą dłonią spuchniętą dwukrotnie (efekt awarii uszczelki i ekstremalnie niskiego ciśnienia), Kittinger pobił rekord w wysokości skoku na spadochronie, czasie swobodnego spadania i prędkości, a także pokazał, że możliwe jest szczęśliwe katapultowanie się także na dużych wysokościach.

Po Excelsiorze Joseph Kittinger zaangażował się w jeszcze jeden projekt, tym razem testujący możliwość wzlotu balonem na wysokość odpowiednią do prowadzenia prac astronomicznych. Trzykrotnie brał udział w walkach w Wietnamie, zaliczył 483 misje, a tuż przed końcem trzeciego pobytu został zestrzelony i dostał się do więzienia w Hanoi (słynne Hanoi Hilton, którego więźniem był także John McCain), gdzie spędził 11 miesięcy. Odszedł z armii w stopniu pułkownika w 1978 roku, po czym zajął się ponownie balonami, bijąc rekord przelecianych kilometrów oraz zaliczając udany lot przez Atlantyk. Dwukrotnie z sukcesem startował w zawodach balonowych, doczekał się parku (w Orlando) i szwadronu swojego imienia. Aktualnie doradza Felixowi Baumgartnerowi w projekcie Stratos, którego celem jest pobicie rekordów ustanowionych przez Kittingera, a także testowanie nowej generacji kombinezonów kosmicznych.

Traf chciał, że trzecia próba w ramach Excelsiora została zarejestrowana przez kamerę. Spektakularne ujęcia z rekordowego skoku postanowiła wykorzystać Melissa Olson w tworzonym przez siebie teledysku do Dayvan cowboy Boards Of Canada (pierwszym oficjalnym w historii zespołu). Widok Ziemi sponad stratosfery i spadanie Kittingera zostały zmiksowane z puszczonym w zwolnionym tempie surfingiem w wykonaniu mistrza wielkich fal, Lairda Hamiltona. Całość zmontowano tak, by wyglądało, jakby spadochroniarz i surfer byli tą samą osobą, i choć to tylko piękna fantazja, to jednak podbiła serca Youtube’owiczów i rankingi teledysków ostatniej dekady. Samo Dayvan cowboy to nie jest szczyt dokonań Boards, ale do zapierających dech widoków ze skoku Kittingera pasuje doskonale, zwłaszcza jego pierwsza, kosmiczna część.

Powodzenia, Felix!

AKTUALIZACJA:

image

Opublikowano 00s | Dodaj komentarz

#20: Elektryczny Lincoln

Jakieś dwa tygodnie temu, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że są jeszcze osoby, które nie widziały nigdy teledysku do Gay bar Electric Six. Wybornie, właśnie dlatego powstał przecież Dźwięk plus obraz! A ponieważ złożyło się tak, że w swoich złotych czasach, gdy indie młodzież na nowo uczyła się tańczyć, zespół nakręcił jeszcze dwa interesujące teledyski, to dziś obejrzymy wspólnie całą trójkę. Foyer.

Electric Six – Danger! High voltage

Przełom w karierze zespołu Dicka Valentine’a moim zdaniem prawdopodobnie nie miałby połowy swojej siły rażenia, gdyby nie zwracający na siebie uwagę teledysk. Nakręcili go Tom Kuntz Mike Maguire, którzy w duecie stworzyli jeszcze jeden klip dla E6 (o nim za moment), a także Frontier psychiatrist dla Avalanches. Później drogi panów się rozeszły, a Kuntz w pojedynkę zrobił m.in. All my friends LCD Soundsystem Congratulations MGMT. Oraz sporo reklamówek TV, w tym być może najsłynniejszą ostatnich kilku lat.

Ad rem. Przenosimy się do posiadłości jakiegoś bogatego szlachcica, konesera sztuki, kolekcjonera obrazów. Portrety, pejzaże, jeleń, bliźniacy na koniu, Jack White..? Jest i sam gospodarz, przy kominku, na pewno gotów opowiedzieć jakąś ciekawą bajkę. O, a ta pani chyba będzie mu towarzyszyć w opowieści..

Piękny to był rok, gdy hitem MTV2 były świecące majtki i stanik oraz para siedząca na wypchanym łosiu. Dzikość serca rzadko była większa, niż tu.

 

Electric Six – Gay bar

Znów dzieło duetu Kuntz/Maguire. Każdy opis będzie uproszczeniem tematu, więc oddam po prostu głos komentatorowi z Youtube:

I find that this video is extremely historically accurate

Nic do dodania, może poza dwiema rzeczami. Po pierwsze, ciągle mnie śmieszy to, że jedyną rzeczą, jaka nie spodobała się cenzorom, jest „nuclear war” w tekście. Po drugie, gdyby ktoś zastanawiał się, o co chodzi z chomikiem, to mam dla niego dwa słowa: Richard Gere.

A teraz już przenosimy się do Białego Domu.

 

Electric Six – Dance commander

Znam osoby, które z opisywanej tu Fab Three stawiają Dance commandera najwyżej. To pewnie dlatego, że w tym teledysku jest mniej symboliki i podwójnych ĄTĄNDR, a więcej nieskrępowanej zabawy. Lider E6, Dick Valentine, tym razem wciela się w dwie role – raz jest to pijana i bardziej zwierzęca wersja Christophera Walkena z klipu do Weapon of choice Fatboy Slima, a drugi to tytułowy Dance Commander, bananowy dyktator trochę w typie ostatniej roli Sachy Barona Cohena. Reżyserem tego obrazka jest Ruben Fleischer, o którym więcej informacji ma strona MTV: Fleischer ma na koncie m.in. Galang MIA, a także reklamówki i filmy (wśród nich Zombieland 30 minutes or less).

W wypadku Dance commander strzelam, że rola Fleischera ograniczyła się do stania za kamerą, a cały pomysł i scenariusz wymyślił po prostu szaleniec Valentine. Nie popełnijcie błędu widzów Youtube i nie dajcie się nabrać na ‚hi res’ w tytule filmu – upload miał miejsce w roku 2006. I przede wszystkim NIE RÓBCIE TEGO W DOMU.

 

Ogłoszenie

Polecam zajrzeć i dodać do zakładek siostrzany/braciany blog, traktujący o starych i jeszcze starszych płytach, który wystartował dziś. Pewnie to on będzie moim głównym priorytetem, więc notki na D+O będa od dziś krótsze niż do tej pory..Ale z drugiej strony, przecież na tym blogu chodzi przede wszystkim nie o słowo, tylko o dźwięk i obraz.

Opublikowano 00s | Dodaj komentarz

#19: Uroki starości

Zmienił mi się kod, a to nie mogło pozostać bez wpływu na temat kolejnego update’u. Ponieważ wciąż jestem w nastroju przełomu, to dziś napiszę o dwóch teledyskach dotykających tematu ‚dojrzewania’. Jeden to piosenka, którą na pewno znacie z playlist radiostacji formatu Golden Oldies, drugi – wołanie, aby nie zapominać o seniorach.

The Connells – ’74-’75

Piosenkę na pewno poznajecie i jestem w stanie sobie wyobrazić, że możecie mieć do niej stosunek średnio pozytywny. Mógłbym pobronić trochę zespołu, bo Connells mają za sobą sporo lat nagrywania, i ich wczesne płyty powinny spodobać się fanom dB’s, R.E.M. czy The Byrds (zwłaszcza, że lider gra tam na Rickenbackerze). Coverowali też Jethro Tull, czym automatycznie zyskują moją sympatię jako zajadłego prog rockowca. Historia wyznaczyła im rolę one-hit wondera, i nie byliby w tym ani pierwsi, ani ostatni, jednak wyróżnia ich to, że do rzeczonego hitu udało im się dorzucić poruszający teledysk.

Nakręcony w 1993 roku w szkole Needham B. Broughton High School klip dwa lata czekał na pojawienie się na antenie MTV. Reżyser, Mark Pellington (który wcześniej zrobił furorę obrazkiem do Jeremy, a pracował też z U2, INXS, Whale, Lush czy The Flaming Lips), miał bardzo prosty pomysł, który udało mu się sprzedać w formie piekielnie emocjonalnej i ściskającej za gardło. Poznajemy kolejnych kolegów i koleżanki z niegdysiejszej klasy, widzimy ich przemianę, domyślamy się, komu się powiodło, a czyje marzenia bezpowrotnie przepadły. Mógłbym trochę marudzić na nadreprezentację ujęć zespołu, ale całość chwyta. Zatem, nawet jeśli piosenka przyprawia Was o furię swoją częstą obecnością w radiach, zachęcam mocno do kliknięcia w play (tylko uprzedzam – możecie złapać kryzys wieku średniego, jak jeden z komentujących), a sam idę przeszukiwać albumy ze zdjęciami klasowymi nucąc pod nosem two thousand, two thousand one.

Pulp – Help the aged

Wielokrotnie łapię się na zastanawianiu się, czym kiedyś żył siedzący obok w autobusie starszy pan, jaka pasjonowała go muzyka (jeśli w ogóle), czy był świadkiem jakichś ważnych wydarzeń, jakim był nastolatkiem. Przyznaję, że ten pomysł nie jest do końca mój, włożył mi go w głowę dawno temu król zbereźnych mądrali, tradycyjnie celny Jarvis Cocker.

Help the aged, drugi klip promujący This is hardcore stworzył duet Hammer & Tongs, odpowiedzialny także za m.in. śpiewającą marchewkę z Last stop: this town Eels, kukiełki z Pumping on your stereo Supergrass czy karton mleka z Coffee & TV Blur (a ostatnio także za Yorke-dance z Lotus flower).  Prócz tego, ‚dyrektorem artystycznym’ (ostatnio to stanowisko nie kojarzy się zbyt dobrze, wiem) klipu został malarz John Currin, którego obraz The neverending story stał się inspiracją teledysku. Początek jest niepozorny, skupia się na zespole grającym w nieznanym początkowo miejscu – na oko podrzędnym pensjonacie. Dopiero po chwili okazuje się, że trafiliśmy do specyficznego domu spokojnej starości. A właściwie starości niespokojnej, perwersyjnej i rozerotyzowanej (czyżby tak wyobrażał sobie swoją Jarvis?), w której jest także miejsce na tańczenie przytulańca (w tych rolach 17-letnia wówczas modelka Kelly Brook i muzyk garażowej grupy The Flaming Stars). Tak, drogie dziatki, nie ma żartów z seniorami, bo niejedni z nich potrafili (a może nadal potrafią) korzystać z życia bardziej niż Wy. Szacunek się należy.

Bezlitosny czas zaś dopisał dalszy kontekst do piosenki, i bawiąc się na gdyńskim koncercie reaktywowanego Pulp wielokrotnie miałem w głowie Help the aged patrząc na to, jak teraz się prezentuje Candida Doyle.

A następnym razem będzie mniej osobiście.

Opublikowano 90s | Dodaj komentarz

#18: Air gra w ping-ponga

Złożyło się tak, że ostatnie miesiące przyniosły mi wydarzenia wyjątkowe, niektóre nawet w skali życia. Wielki turniej piłkarski dwie dzielnice obok, wielce udany koncertowo wyjazd do Gdyni, i wreszcie trwające od wczoraj święto sportów letnich w Londynie. Piszę kilkanaście minut po smutnej przegranej Polaka w tenisie stołowym, i może to oczywisty trop, ale zapragnąłem z tej okazji przypomnieć jedną z klasycznych historii teledyskowych z lat 90.

Z ping-pongiem zdecydowanie nie ma żartów.

Klip stworzył Mike Mills, i mam nadzieję, że nie ma już takiej osoby, która pomyliłaby go z basistą R.E.M. Jest dla Air ich własnym Spikiem Jonzem, łącznie nakręcił im cztery teledyski. Pozostałą trójkę przypomnimy sobie za chwilę, najpierw opowiem, czemu tak lubię Kelly watch the stars. Za, wydawałoby się, oczywiste zestawienie ping-ponga i Ponga? Za puszczenie oka w kierunku fanów Aniołków Charliego? Za główną bohaterkę klipu, dzielnie stawiającą czoła rywalce, walczącą o każdą piłkę tak samo, jak robił to wczoraj Wang Zeng Yi, a nie robiła dziś Agnieszka Radwańska? Każda z tych rzeczy z osobna zawsze by u mnie zapunktowała, ale Mills zestawił je z lekkością i elegancją znaną z muzyki Air, pokazując, że Spike Jonze nie zamknął klipem do Elektrobank kategorii ‚sportowe teledyski’. Na każdym kadrze jest napisane dużymi literami K L A S Y K A.

Sprawdźmy zatem pozostałe dzieła Millsa dla Air.

To właściwie fragmenty filmu „Eating, Sleeping, Waiting and Playing”, pokazującego, czym różni się Air od Motley Crue czy Much. Jak słusznie zauważył steuieee w komentarzu na Youtube, użycie czerni i bieli nadaje teledyskowi aury retro, spokojnej i zrelaksowanej. Zespół wypakowuje idealnie ułożone skarpetki, myje zęby, czyta „Egzorcystę”, udziela wywiadu, i oczywiście gra koncert. Widziałem Air dwukrotnie, i pamiętam, że w Warszawie też byli ubrani na biało.

O ile Le soleil est preis de moi miał aurę retro, to Sexy boy _jest_ nią. Efektowna wizytówka Millsa i zespołu, którą przedstawili się światu jeszcze przed premierą Moon safari. Pi i Sigma spotykają King Konga, uroczego jak nigdy. Piosenkę niedawno poznali wszyscy za sprawą reklamy, ale spadające z nieba anioły nie mają żadnych szans z podbijającym kosmos gorylkiem.

Wreszcie jedna z najlepszych definicji szczęścia, jakie kiedykolwiek przeniesiono na taśmę filmową. Nawet najwięksi cynicy muszą przy tym skapitulować. Plus smaczki: plakaty Fugazi, Trenta Reznora i Beastie Boys w pokoju głównej bohaterki. Być może chciałoby się zapytać, jak dalej potoczyły się losy tej pary, ale pomimo, że ta historia nie ma happy endu, to w tym konkretnym momencie oni byli na samym szczycie emocjonalnym, i tak też zostaną zapamiętani już na zawsze. 

Do Mike’a Millsa na pewno jeszcze wrócę, bo ma na swoim koncie wyborne teledyski także dla innych artystów niż Air. A tymczasem mam nadzieję, że ktoś kiedyś nakręci klip o bezdusznych sędziach podnoszenia ciężarów. Najlepiej kończący się ich lądowaniem w jeziorze lawy.

Opublikowano 90s, rezyserski | Dodaj komentarz

#17: Future Vision of CGI

W ten weekend Radio świętuje 53 urodziny, co rokrocznie wiąże się z ciekawymi, specjalnymi projektami i audycjami. W tym roku wykorzystałem tę okazję, żeby wraz z redaktorem Gawrońskim dotknąć pierwszy raz (powierzchownie, niestety, ale wszystko przed nami) tematu dubu, a także znalazłem pretekst, żeby wrócić do kilku klasyków z czasów prosperity ambient techno (jednego z moich ulubionych okresów w muzyce). „Little fluffy clouds” The Orb„Papua New Guinea” Future Sound Of London, „Halcyon and on and on” Orbital (mam nadzieję, że latem usłyszę na żywo) – te nagrania traktuję trochę bezkrytycznie, słuchając ich regularnie co trzy-cztery miesiące.

Jedną z rzeczy naturalnie kojarzących mi się z FSOL są dziś archaiczne, wtedy przyszłościowe i wizjonerskie, niemal w całości składające się z grafiki komputerowej (lub bardziej fachowo – CGI) teledyski. Naturalnie, zestarzały się dość mocno (zresztą podobny zarzut można postawić 90% nagrań gigantów ambient techno – to los, który wyjątkowo boleśnie dotyka nagrania elektroniczne), ale są zarazem świadectwem nie tak dawnych czasów, gdy wielu twórców zachłysnęło się SUPER GRAFIKĄ i przez to w MTV co jakiś czas musiał pojawić się klip wykorzystujący CGI. Jeśli czyta tego bloga ktoś młody, wychowany na HD i grafice bardziej perfekcyjnej niż rzeczywistość, to zachęcam do sprawdzenia, co kiedyś oznaczało pojęcie „animowany komputerowo teledysk”. Temat jest długi, dziś z braku czasu tylko trzy starocie plus jeden świeżak.

1. Pet Shop Boys – Can you forgive her? (1993)

Zrobię krzywdę każdemu, kto kojarzy PSB tylko z „Go West”. Nie dam głowy, ale to chyba był jeden z pierwszych przypadków, gdy mega-popularny zespół sięgnął po CGI. No ale mówimy o Pet Shop Boys, jednym z najbardziej ŁEBSKICH i myślących do przodu popowych zespołów w historii, itd…Reżyseria Howard Greenhalgh.

2. Future Sound Of London – Lifeforms (1994)

Nazwa, brzmienie, oprawa wideo – we FSOL wszystko było (i jest nadal, tylko nieco już zakurzone) spójne, także dzięki temu, że wszystkim tym zajmowali się niemal w całości sami muzycy, Garry Cobain i Brian Dougans. Na discogs.com użytkownik We.Have.Explosive pisze, że istnieje 40-minutowy ‚teledysk’ do muzyki z Dead cities, czego nie mogę teraz zweryfikować (może ktoś wie?), ale pamiętam dość dobrze z pierwszej ręki inne klipy, w tym ten. Naprawdę, można było w 1994 roku, zwłaszcza mając 12 lat, uwierzyć, że przyszłość już jest, XXI wiek za pasem, i latające samochody z Jetsonów to nie jest aż taka fikcja.

3. Sven Vath – Harlequin: The beauty and the beast (1994)

Kto oglądał w latach 90 niemiecką Vivę, ten na pewno to widział. Bałem się kiedyś tego teledysku, nawet po kilku obejrzeniach byłem przekonany, że w następnej sekundzie pojawi się jakiś upiorny robot albo maszyna tortur. Jedną z charakterystycznych cech teledysków CGI były światy wręcz nieludzkie, zmechanizowane albo wypełnione psychodeliczną kryptofauną i florą. I w sumie wolę taką, nieco zmurszałą, fantazję niż przyziemność hiper-HD-realizmu.

4. Maria Minerva – Luvcool (2011)

Jak każda estetyka, tak i fantazyjne, stare CGI doczekało się swojego powrotu, choć nie zanosi się na większy trend retro-graficzny. Estonka Maria Minerva jeden ze świetnych singli z Cabaret cixous oddała w ręce grafików z Image Masters Ltd., i wyszedł im teledysk trochę na przecięciu obu opisywanych wyżej trendów w grafice komputerowej. Z jednej strony wiele przedmiotów wygląda „dobrze”, jest wysoka rozdzielczość, detale i HD, a z drugiej klimat teledysku prawie każdą klatką mówi „I love 90s CGI!”. Tropów jest zresztą więcej – na początku mamy trzy plansze z napisem „New world”, co mnie – może na wyrost – kojarzy się z ‚futurystycznymi’ nazwami (Future Sound Of London) czy tytułami płyt (The Orb’s adventures beyond the ultraworld) grup ambient techno. Dalej jest m.in. Arlekin (patrz: Sven Vath) i podskakujące kule (Pet Shop Boys?). Całość wyszła bardzo retrofuturystycznie – co akurat jest bardzo spójne z muzyką Minervy (którą przy tej okazji gorąco polecam).

 

Nie obiecuję, ale być może do tematu jeszcze wrócę. Dawajcie swoje typy!

Opublikowano 10s, 90s | Otagowano , | 4 komentarzy

#16: Wszyscy wracają

Po zdecydowanie za długiej przerwie postanowiłem podjąć próbę wiosennej resuscytacji bloga. Tym razem jestem przygotowany i mam plan – umówmy się, że co weekend pojawi się tu coś nowego. Chwilowo odłożymy też na bok większe projekty i sążniste przeglądy – będzie krócej, konkretniej, mniej miejsca zajmą moje wynurzenia, a więcej to, co na tym blogu jest najważniejsze – dźwięk i obraz. A zatem, czas start!

Nie jestem ze swoim powrotem specjalnie oryginalny, bo przecież trwa Retromania, kolejni weterani reaktywują się, odgrywają w całości klasyczne płyty, i odbudowują mosty, które wydawały się być dawno spalone. JasonPierce nie do końca należy do tej kategorii, bo choć nie jest już najmłodszy, to przecież Spiritualized nie robiło sobie żadnej przerwy i w najlepsze odprawiało swoje odurzone modły, zarówno płytowo jak i na żywo (fenomenalny koncert na Offie). Tym niemniej od ostatniej płyty minęły 4 lata i czekanie na następcę Songs in A&E zaczęło być delikatnie nieznośne. Na szczęście Pierce wyszedł z problemów zdrowotnych (z pomocą leków – OCZYWIŚCIE!) i dostarczył miesiąc temu nowe dzieło, bardzo ładne Sweet heart sweet light. To chyba będzie mój ulubiony album Spiritualized od czasów Let it come down, ale przede wszystkim chciałbym zająć się tym powrotem od strony wideo.

Zanim klip do Hey Jane, przypomnijmy sobie, jak epicko (OCZYWIŚCIE) i z rozmachem Pierce potrafił ilustrować swoje dawne klasyki. Poniżej spacer skazańca (Spaceman jako Lee Harvey Oswald?) w rytm Come together (reżyseria Baillie Walsh – wcześniej stworzył ilustracje klasyków z Blue lines Massive Attack i Taste it INXS).

3 lata później w Do it all over again Spaceman w stroju roboczym zwiedzał świat, pokazując, co widzi w głowie każdy marzący o podróżach chłopak z wyobraźnią, któremu wystarczy wiatrak na suficie. Reżyseria – kolektyw Blue Source (w portfolio mają też Since I left you Avalanches, Days go by Dirty Vegas, Sunset (Bird of prey) Fatboy Slima i Superstylin’ Groove Armady).

Swoją drogą, nie wiem czemu do dziś (a poprzedni raz widziałem Do it all over again 10 lat temu) byłem przekonany, że Pierce bierze w tym klipie udział w bitwie samolotowej. Pewnie skrzyżowało mi się z wspomnianym Fatboyem.

Wreszcie w roku 2012 Spaceman przyłożył ponad 10-minutowym, brutalnym klipem do Hey Jane. Jest seks, przemoc i krew, więc wrażliwszych uprzedzam, żeby zastanowili się dwa razy przed wciśnięciem play. Twórcą jest młody AG Rojas (wcześniej m.in. I’ll take care of you Gila Scotta-Herona i Earl Earla Sweatshirta, a ostatnio Sixteen saltines Jacka White’a).

Możnaby na pewno spytać: po co Spiritualized taki teledysk, którego nie puści w dzień żadna telewizja? Ale może to działa dokładnie odwrotnie – ponieważ stacje już i tak prawie nie grają teledysków, to Pierce mógł sobie pozwolić na tak mocne dzieło? W każdym razie witam z powrotem, Jason. I skoro wróciłeś, to niech ten blog zrobi dokładnie to samo.

PS. Wraz z Adamem Yauchem/MCA (Beastie Boys) umarła ważna część lat 90 i mojej młodości. Muzycznie hołd BB oddamy w najbliższy czwartek w radiu, ale ponieważ MCA był też reżyserem teledysków i filmów (to on podpisał się pod Awesome, I fuckin shot that!), to jako PS podrzucam jedną z ostatnich rzeczy, jakie Yauch zrobił. Komentuje się samo, kogo tam nie ma w epizodycznej rólce? Dzięki za wszystko, MCA, pokłony.

Opublikowano 00s, 10s, 90s | Dodaj komentarz

#15: psychodeliczne drzewa, depresyjna kreskówka, wymarzony senator

Bez zbędnego tłumaczenia się, po prawie dwumiesięcznej pustce tutaj, wracam. Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego wpisu, skieruję zainteresowanie na teledyski premierowe. Dziś trójka mroczno-melancholijno-humorystyczna.

Mastodon – Curl of the burl (2011)

Każdy, kto widział kiedyś okładkę płyty Mastodona, wie, że dla tego zespołu pojęcie „zbyt epicki” nie istnieje nie tylko w sferze muzycznej, ale też wizualnej. Królowie metalowego konceptualizmu w tym roku postanowili wydać album tematycznie lżejszy, pozbawiony przewodniej historii, ale na szczęście przelali mnóstwo swojego szaleństwa do oficjalnego klipu do Curl of the burl. Teledysk wymyślił perkusista Brann Dailor, wyreżyserował dyżurny reżyser Mastodona Robert Schober, a przy scenografii współpracował zapewne Chuck Testa.

Dość żartów – klip jest kapitalny. To psychodeliczno-lynchowska opowieść o pewnym mieszkańcu lasu (leśniczym? drwalu? czemu mieszka w przyczepie?), który próbuje urozmaicić swoją codzienną rutynę tak, jak robi to wielu młodych wykształconych znudzonych ludzi z wielkich miast. Z tą różnicą, ze mieszkając w środku Niczego, z braku odpowiednich dealerów jest zmuszony wykorzystać to, co ma pod ręką. Dzięki naturze funduje sobie moc doznań, wśród których nawet niewinna zabawa w teatrzyk cieni pokazuje nowe możliwości. Ale każda zabawa w końcu ukazuje swoje ciemne strony – w tym wypadku uruchamia w głównym bohaterze agresora, ruszającego w las z żądzą niszczenia. Wszystko skończy się gorącym spotkaniem z czterema pięknymi paniami drwalami oraz zespoleniem z naturą, nieco w duchu tego, co stało się z Thomem Yorkiem w There there.

W ramach bonusu: w oficjalnym kanale Youtube zespołu jest też dostępny drugi klip do Curl, zbierający przetworzone efektami ujęcia lasu. Nie robi takiego wrażenia jak oficjalny, tym niemniej ciekawi mogą zerknąć.

Oneohtrix Point Never – Replica (2011)

Danielu Lopatinie, wychodź z mojej głowy. Niedawno przypomniałem sobie o jednej z kultowych bajek dzieciństwa, sowieckiej wersji Kojota i Strusia Pędziwiatra. Wilk i Zając jawi mi się jako jedno z najbardziej hipnagogicznych wspomnień ery szczenięcej, bardziej niż fabułę kreskówki pamiętam jej otoczkę, kreskę, psychodeliczny klimat, kwaśną piosenkę z czołówki (autorstwa klasycznego kompozytora Tamása Deáka), grę w jajka..Przyczyna jest prosta – po upadku ZSRR, a przed Internetem, bezproblemowo mogłem oglądać w telewizji (zwłaszcza po tym, jak w moim telewizorze pojawiła się Cartoon Network) wielu bohaterów dzieciństwa, tylko nie Wilka i Zająca. Albo po prostu oglądałem niewłaściwe kanały.

W obrazku do Repliki Lopatin dokonał podobnego zabiegu, jak w muzyce ze swojej tegorocznej płyty – z wyrwanych z kontekstu skrawków przeszłości zbudował nowy twór. W tym wypadku wyszedł najsmutniejszy odcinek Wilka i Zająca, jaki widziałem. Świadomie – lub przypadkowo – wybrane najbardziej odrealnione, psych-chillwave’owe fragmenty kreskówki w zwolnionym tempie i połączeniu ze smutną pętlą fortepianu mocno szarpią za strunę, na której osadzona jest nostalgia. W tym wypadku wyjątkowo głęboka i być może zrozumiała tylko w tej części Europy, związana z erą dramatycznie inną od czasów obecnych. Choć pewnie sam Lopatin nie przewidział takiego efektu ubocznego, to ja jestem pewien, że Replica nie miałaby takiej siły, gdyby stała się soundtrackiem do reinterpretacji np. Toma i Jerry’ego. Pitchfork pisze w recenzji płyty OPN, że celem tej muzyki nie jest nostalgia sama w sobie, ale emocjonalny potencjał ukryty w tych dźwiękach – i to samo się dzieje w wersji wideo. 

Stephen Malkmus & The Jicks – Senator (2011)

Na koniec, żeby nie zostawić Was w podłym nastroju, retromania w wydaniu wesołym. Senator od razu kojarzy mi się z czasami, gdy Pavement wydawał płyty i kręcił znakomite teledyski (w tym jeden ze Spikiem Jonzem), a Jack Black nie grał jeszcze Guliwera. Klip na czasie nie tylko ze względu na wybory w Polsce (i nadchodzące w USA), ale po prostu dlatego, że opowiada o wartościach uniwersalnych. Politycy zawsze będą wciągać kokę, udawać miłośników dzieci, razić prądem siebie i innych i po prostu ściemniać. Nic z tym nie zrobimy, więc chociaż pośmiejmy się z tego, zwłaszcza, że klip stworzyli profesjonaliści – reżyserem jest piszący dla The Daily Show Scott Jacobsen. „A u Was biją Murzynów!”, a ja przypominam, że Malkmusa i Jicks będzie można zobaczyć 28 listopada w Katowicach.

Opublikowano 10s | Dodaj komentarz