#12: Cośtam reżyserskie – Spike Jonze (4): koncert, rewind, boombox, gimnastyka, duchy i dzieci

W dzisiejszym odcinku jedna wspólna koncertówka i pięć dzieł wybitnych. Zapraszam do ucztowania.

Sonic Youth – The diamond sea (1995)

U takiego konceptualisty jak Spike Jonze taki teledysk może wyglądać nieefektownie, zwłaszcza, że nie jest jego autorskim dziełem. Pięciu reżyserów – oprócz Jonze’a Lance Bangs, Dave Markey, Steve Paine i Angus Wall – stworzyło kolaż składający się z koncertów Sonic Youth z trasy Lollapalooza Tour 1995 (m.in. koncerty z Las Vegas, Maryland, Gardena, Cleveland i Detroit). Jest tu właściwie wszystko, z czego słyną występy SY – współpraca gitarzystów, energia, dzikie bębnienie Steve’a Shelleya, jeżdżenie gryfem po scenie i głośnikach, nogi Kim Gordon. Pomimo daty powstania, klip nie zestarzał się, a zespół wciąż jest tak samo kapitalny na żywo (widziałem namiastkę i potwierdzam). Z tego względu The diamond sea to świetny, choć niepozorny, przegląd arsenału jednej z najważniejszych koncertowych formacji świata ostatnich 20 lat.

The Pharcyde – Drop (1996)

NO WRESZCIE. Klasyk, jedyny teledysk w wideografii Jonze’a, jaki powstał w 1996 roku (wygląda na to, że reżyser zrobił sobie wtedy trochę wolnego). Nigdy nie miałem tendencji do obwiniania Internetu o zmianę w sposobie słuchania i oglądania na _gorsze_, ale gdybym jednak chciał pomarudzić, to Drop byłoby koronnym argumentem. Mamy do czynienia z klipem, który na początku wydaje się zupełnie zwyczajny, i od spostrzegawczości widza zależy, kiedy w głowie pojawi mu się wielkie WTF. Dziś w takim momencie można sobie po prostu wideo zatrzymać i przewinąć do początku, ale w czasach przedinternetowych nie było tak dobrze, trzeba było czekać do następnej emisji i zakładać, że będzie się wtedy jeszcze pamiętało, że coś tu nie gra. Krótko mówiąc – kiedyś łatwo było widzowi prostą sztuczką narobić w głowie mętlik i zostawić w dezorientacji, dziś łatwo jest być mądralą w ciągu pięciu minut dzięki flashowemu odtwarzaczowi.

Pomimo luzactwa, z jakiego słyną Pharcyde i Spike, praca przy Drop łatwa nie była, a w ekipie obecny był lingwista, który musiał na nowo nauczyć raperów ich własnej piosenki. A przecież trzeba było wykonać jeszcze wszystkie mniej lub bardziej karkołomne gagi, przez cały czas mając OCZY DOOKOŁA GŁOWY. Dlatego właśnie to, co w Drop poraża najbardziej, to nie tyle pomysł, co jego realizacja – perfekcyjna, zabawna, precyzyjna, no i subtelna, nie ciskająca w twarz od pierwszych sekund pierwszego obejrzenia „TO JEST WŁAŚNIE NASZ KONCEPT, A MASZ!”. A wszystko to, na co stawiam każde pieniądze, gęsto spowijał aromatyczny, słodkawy dym kreatywności.

A kto zauważy Beastie Boys, dla tego uścisk dłoni prowadzącego blog.

Daft Punk – Da funk (1997)

W tym odcinku czuję się, jakbym wrócił do liceum. Same żelazne klasyki dziennych playlist, które wywracały mi percepcję i zmieniały układ sił wśród osobistych bohaterów. Daft Punk, szczerze mówiąc, na początku się „nie zapowiadali”, nie zrozumiałem od razu złożoności klipu do Around the world i przeszedłem zupełnie obok. Później zobaczyłem historię keczupu z Revolution 909, a jeszcze później nakręconą przez Spike’a smutną, nowojorską, uliczną opowieść do Da Funk. Kliknęło bardzo mocno.

Teledysk ten długo funkcjonował u mnie (i pewnie u wielu nadal tak funkcjonuje) jako „ten klip z facetem w masce psa”. I błąd, a kto nie obejrzał uważnie, ten gapa, bo mamy do czynienia z niemal minifilmem, wysuwającym się przed promowaną piosenkę, właściwie spychającym ją do roli soundtracku i rekwizytu. Da funk, wydobywające się z ukochanego magnetofonu głównego bohatera, jest tylko pretekstem dla historii o nietolerancji, ksenofobii i odmienności. Główny bohater, Charles, dyskryminowany jest właściwie za wszystko, od gipsu przez słuchaną muzykę aż po fakt, że w Nowym Jorku mieszka dopiero od miesiąca.

Wspomniany magnetofon przyczynia się do jego wyobcowania i porażki na dwa sposoby. Raz, że nie da się go ściszyć, co naraża Charlesa na ostracyzm ze strony handlarza książkami. Dwa – w NYC nie wolno wchodzić do autobusów z włączonym sprzętem grającym, przez co biedak traci szansę na miły wieczór z dawno nie widzianą koleżanką z dzieciństwa. I niech sobie Thomas Bangalter mówi co chce, że nie ma tu żadnego ukrytego znaczenia, a teledysk po prostu opowiada o człowieko-psie z ghettoblasterem w Nowym Jorku. To naprawdę smutna historia.

Da funk doczekał się sequela, stworzonego już przez samo Daft Punk – w teledysku do Fresh Charles powraca, tym razem w roli aktora na plaży. Cała historia, jak się okazuje, ma happy end – bohater i jego przyjaciółka z dzieciństwa są już parą i odjeżdżają w kierunku zachodzącego słońca. Spike tym razem stanął po drugiej stronie kamery, występując jako reżyser filmu, w którym gra Charles. Klip do Fresh macie poniżej w bonusie, zaraz po głównym bohaterze ostatnich czterech akapitów.

The Chemical Brothers – Elektrobank (1997)

Kolejny Spike’owy klip z fabułą, spychający promowany singiel na drugi plan. Przede wszystkim chciałbym wyrazić swoje zbulwersowanie z powodu obrzydliwego nepotyzmu, jaki miał tu miejsce, bo reżyser w roli głównej obsadził swoją ówczesną dziewczynę, Sofię Coppolę. Gołym okiem widać obecność układu. Szanujmy się, tak? Czy my jesteśmy w PSL?

Fabuła teledysku kojarzy mi się z olimpijskimi historiami typu Harding/Kerrigan, tylko oczywiście bez prób łamania nóg. Coppola musi raczej zmierzyć się ze swoimi słabościami, nerwami, bolesnym upadkiem, wreszcie presją. Przybycie rodziców dodaje jej sił, dzięki czemu wykonuje tę najważniejszą akrobację, no i…Slantmagazine napisał, że Elektrobank to chyba najlepsze dzieło Spike’a, i choć nie podzielam, to domyślam się powodu. Kapitalnie synchronizują się tu dźwięk i obraz, układ Coppoli niejako „reaguje” na zmiany tempa i nastroju w piosence. Brawa dla choreografa i scenarzysty za umiejętne rozprowadzenie dramaturgii, zwłaszcza w finale.

Dygresja na koniec: lubię myśleć, że Kelly watch the stars Air to taki nieoficjalny sequel, ale to sobie zostawię na przegląd twórczości Mike’a Millsa.

Pavement – Shady lane (1997)

Niby klasyk mniejszy i nie tak efektowny jak poprzednie, ale ta skromność, oszczędność i ciepło pasują idealnie do jednej z najsłodszych i najmelodyjniejszych piosenek Pavement. Dyskutujący ze mną podczas pierwszego spotkania w Owocach i Warzywach Maciej Ożóg wysunął interpretację Stephena Malkmusa bez głowy jako metafory stanu Kalifornia. Ja nie posuwałbym się tak daleko, dla mnie to po prostu nieco refleksyjny klip na temat konkretnie pojętej nieobecności. Aluzje do tego tematu pojawiają się co krok – samochód bez kierowcy, przezroczyści członkowie zespołu, Kannberg w rurce do oddychania – nadając całości nieco gorzki posmak. A zarazem potrafi być bardzo słodko, zwłaszcza w tych amerykańskich, podmiejskich ujęciach, gdy Malkmus jedzie rowerem. Oczywiście mogę nadinterpretować, a Shady lane to być może po prostu efekt burzy wyjątkowo szalonych mózgów, ale ten klip to dla mnie (wraz z piosenką) spokojna, ciepła mądrość.

Notorious B.I.G. – Sky’s the limit (1997)

Tworzenie klipów to ciężka praca, obarczona dodatkowo wieloma losowymi czynnikami, jakie mogą utrudnić produkcję już w trakcie jej trwania. Kreatywny reżyser zawsze potrafi znaleźć wyjście z takiej sytuacji, po tym się go w końcu poznaje. Ale co zrobić, gdy artysta zostaje zastrzelony? Wbrew pozorom całkiem sporo – animacja komputerowa, jakieś zdjęcia pustyni/lasu/tundry, klip fabularny z aktorami, archiwalny materiał z koncertu…Zatrudnienie we wszystkich rolach dzieci?

GIGANTYCZNE pochwały należą się Spike’owi za pomysł, a małoletnim aktorom za wykonanie. Grają naprawdę genialnie, dziecięca wersja Notorious B.I.G.‚a jest bardzo bliska oryginału, podobnie jak mały Puff Daddy (bo to on? nie Ma$e, prawda?). Sam klip ze swoim ‚scenariuszem’, scenografią, basenami, wielkim domem i futrami można by bezrefleksyjnie wsadzić do szuflady z napisem ‚bling-bling’ (pamiętając, że Biggie był jednym z pierwszych, którzy ten styl wepchnęli na dzienne anteny), gdyby nie robiące różnicę dzieciaki. One, plus pamięć o zabójstwie Biggiego, plus wymowny tytuł Sky’s the limit i spokojny klimat całej piosenki, sprawiają, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej wzruszających hołdów i pożegnań zmarłego artysty w historii wideoklipów. Jest mi naprawdę trudno powstrzymać smutek, gdy mały Notorious opuszcza okulary i patrzy w kamerę w końcówce.

W kolejnym odcinku przede wszystkim Fatboy Slim, a do tego prawdopodobnie też Beck, znów Bjork i dwie-trzy rzeczy nowsze. Nie będzie to ani Arcade Fire, ani Jay-Z/Kanye West, ich zostawię sobie na koniec.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii rezyserski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „#12: Cośtam reżyserskie – Spike Jonze (4): koncert, rewind, boombox, gimnastyka, duchy i dzieci

  1. Piąty Bitels pisze:

    Najlepszy materiałowo poniedziałek reżyserski. A Beastie Boys, naturalnie, sekwencja uliczna, 1:20.

  2. frazes pisze:

    „Drop” jest też w lepszej jakości na youtube, nie wiem jak reszta, bo dopiero obczajam 😉

  3. W ogóle nie wiedziałem, że jest teledysk do „Fresh”, choć „Da Funk” zawsze uwielbiałem 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s