#14: Poniedziałek reżyserski – Spike Jonze (6): wojna na przedmieściach i Maybach

Wreszcie dotarliśmy do końca wideografii Spike’a, i choć nie obyło się bez wielu pominięć po drodze, to z braku czasu chwilowo zamykam temat, być może kiedyś porwę się na uzupełnienie. Dziś zatem obejrzymy tylko dwa najświeższe dzieła reżysera – dla Arcade Fire i (cytując Asię Ś.) Jay Westa.

The Arcade Fire – The suburbs (2010)

Z jednej strony ten klip to wymarzony argument dla zwolenników tezy o zbliżaniu się do siebie światów teledysku i filmu. Z drugiej – dla tych, którzy sądzą, że „to nie to samo co w ’96”. The suburbs ciężko nazwać teledyskiem, to bardziej trailer nakręconego przez AF i Jonze’a krótkometrażowego filmu Scenes from the suburbs, w zamierzeniu kontynuującego wątki dorastania na przedmieściach podjęte na płycie. Film zrobił szum, był pokazywany na festiwalu w Berlinie, wywalczył nominację do Złotego Niedźwiedzia. Nie widziałem całości, więc muszę opierać się tylko na tym fragmencie, ale póki co niespecjalnie rozumiem te laury. Oglądając, mam wrażenie, że już to widziałem.

Win Butler mówił, że już od dawna (w dzieciństwie) chodził mu po głowie pomysł na opowieść o wojnie domowej w USA, i w pełni rozumiem chęć powrotu do tej historii po latach, gdy już mógł pozwolić sobie na zrobienie z niej filmu. Natomiast same motywy – przedmieścia jako symbol beztroski i niewinności, wojna wdzierająca się w życie kilkorga młodych ludzi, męska przyjaźń przeradzająca się w nienawiść z powodu dziewczyny – były już wałkowane mnóstwo razy. I wcale nie trzeba szukać w kinematografii, wystarczy przypomnieć sobie 1979 Smashing Pumpkins. Dystopia – temat-rzeka. Sam zespół jako inspirację wskazuje Red Dawn, „nastoletni nieco głupi film przygodowy” (Will Butler). A podmiejsko-młodzieżowy klimat był obecny w paru wcześniejszych klipach Spike’a (100%, If I only had a brain, Shady lane), więc wydawałoby się, że Scenes from the Suburbs są wręcz stworzone dla reżysera..Tym bardziej dziwne, że trailer-teledysk jest zaledwie przyzwoity.

Co nie znaczy, że to Jonze’owe dystopijne 1979 jest porażką reżysera. Może ta historia nabiera magii po obejrzeniu całości, w której też większą niż w zwykłym klipie rolę odgrywa na pewno muzyka z The Suburbs. Za samą ambicję i próbę popchnięcia granic klipu do przodu, za przywrócenie sztuki teledysku do prasy i internetowych dyskusji – pokłony. Nie da się też przewidzieć, czy wizja wojsk patrolujących małe amerykańskie miasteczka nie okaże się kiedyś (w niedługim czasie?) prorocza.

Tymczasem fani ciekawostek i ról cameo mogą wypatrywanie muzyków AF, którzy przez chwilę migają w klipie.

 

Jay-Z & Kanye West – Otis (2011)

Przy takich nazwiskach wszystko musi być wielkie, i tak jak kapiąca złotem i bogactwem jest ich wspólna płyta, tak i teledysk do Otisa operuje wyłącznie wielkimi rekwizytami. Na początek dostajemy brutalnie odpimpowanego Maybacha, którym później główni bohaterowie rozbijają się z towarzyszeniem czterech dziewcząt na tle gigantycznej amerykańskiej flagi. Zabawa jest tak wielka, że aż iskrzy, fajerwerki strzelają wysoko w niebo, a Jay i Kanye prezentują najszersze uśmiechy od naprawdę dawna. Bez zbędnej treści, drugiego dna, powagi, bo po co one? Miało być z rozmachem i jest.

Skoro jednak to Spike Jonze, to nie ma mowy o rozmachu bezmyślnym. W krótkim cameo pojawia się Aziz Ansari, komik i aktor (Parks & Recreation), pamiętny Clell Tickle, indie marketing guru (niestety nie mogę znaleźć tego ge-nial-ne-go wideo), a także przyjaciel Westa. Momenty, gdy Jay i Kanye „uwieszają się” na kamerze, odbieram jako mrugnięcie okiem i hołd w kierunku Sure shot, czyli złotych czasów Spike’a. Wreszcie, trzeba naprawdę dużych umiejętności reżyserskich i autorskich, żeby tak rozbawić poważnego biznesmena Jaya i wiecznie nadętego Westa. Po prostu, do tego zadania potrzebny był taki świr, jak Spike Jonze.

A jeśli ktoś z Was czuje się zbulwersowany marnotrawstwem pieniędzy (tak zniszczyć Maybacha w czasie kryzysu?!? skandal!), to spieszę donieść, że samochód został po ostatnim klapsie zlicytowany w celu wsparcia dotkniętej suszą wschodniej Afryki. Drwiny z bling-bling jeszcze nigdy chyba nie były tak podszyte filantropią.

Doszedłem do wniosku, że czas trochę rozruszać bloga mniejszymi, poświęconymi współczesnym klipom tekstami, więc Poniedziałek reżyserski kolejnego twórcę weźmie na tapetę dopiero za ok. dwa miesiące. Fani Michela Gondry szykujcie się.

Reklamy
Opublikowano rezyserski | Dodaj komentarz

#13: Poniedziałek reżyserski – Spike Jonze (5): tańczy Jonze, tańczy Walken, Bjork ma kota, a Murphy dzikie pandy

Po dłuższej niż zwykle pauzie (przepraszam!) czas po raz przedostatni już rozliczyć się z dziełami Spike’a. W porównaniu z poprzednimi odcinkami ten będzie mniej efektowny, ale nie zabraknie kultowych, pamiętnych dzieł – dwa takie już na początek wpisu.

Fatboy Slim – Praise you (1999)

Wiemy już, że Spike Jonze jest reżyserem genialnym, że jego teledyski są pełne świetnych pomysłów, zwariowanych sposobów realizacji, szalonej perfekcji. Nie zawsze natomiast za zachwytami krytyków szedł szał widzów – może Sabotage czy Buddy Holly osiągnęły w latach 90. popularność większą od niszowej, reszta miała status kultowych dzieł dla kumatych (dziś oczywiście sporo się w tej kwestii zmieniło). Praise you było takim pełnym sukcesem na wszystkich frontach. Kolega opowiedział mi kiedyś, że wraz z kolegami z klasy odtworzyli pamiętny układ taneczny z teledysku podczas obozu integracyjnego dla licealnych pierwszaków. Oczywiście nie da się tego sprawdzić, ale ile klipów doczekało się takiego hołdu, ile w ogóle mogło na coś podobnego liczyć? To mogło być tylko coś tak prostego i zarazem diablo łebskiego.

Przy użyciu minimum środków, 800$ kosztów i bez zezwolenia, Spike – pod przybranym nazwiskiem Richard Koufey – i towarzysząca mu fikcyjna grupa Torrance Community Dance Group zorganizowała prawdopodobnie flashmob wszechczasów. Nie spodziewali się tego przechodnie, nie spodziewali się pracownicy kina w Westwood, pod którym harcował Jonze i jego tancerze. Poza ich choreografią nic nie jest tu wyreżyserowane – wyłączenie boomboxa przez pracownika kina było najzupełniej szczerą i naturalną reakcją. Tak, jak zachwyt widzów, i tych pod kinem, i tych przed telewizorami. Doskonale pamiętam te czasy i zaręczam – wokół Fatboy Slima (to już wcześniej, przy Rockafeller skank) i Praise you rozpętało się szaleństwo.

Praise you przebyło fascynującą drogę – od niewinnych początków, gdy Spike nagrał swój taniec do wspomnianego Skank i wysłał Fatboyowi, który zachwycony zlecił reżyserowi zrobienie kolejnego teledysku,  do triumfalnego końca w postaci trzech nagród MTV VMA! Za wideo „przełomowe”, reżyserię i choreografię (a jakże!). Mogła być jeszcze czwarta, w kategorii tanecznej, ale i tak mamy do czynienia z tym wyjątkowym przypadkiem, gdy sukces artystyczny i popularność podały sobie na zgodę rękę. A w bonusie otrzymaliśmy jeszcze występ Torrance Community Dance Group na rozdaniu VMA (niestety nie mogę znaleźć wideo w sieci, może ktoś…). Mamy początek roku szkolnego, niebawem ruszą obozy integracyjne, mam nadzieję, że gdzieś tam jacyś młodzi ludzie już ćwiczą swój układ.

Drobna uwaga techniczna: linkuję dłuższą wersję, z intrem i outrem – „wywiadem” Koufeya, która niestety jest w słabszej jakości, niż wersja skrócona. Tym niemniej myślę, że warto obejrzeć całość. I jeszcze polecam rozejrzeć się za mockumentem Torrance rises, o przygotowaniach do występu grupy na VMA.

Fatboy Slim – Weapon of choice (2000)

Z całym szacunkiem dla geniuszu Christophera Walkena, dla wszystkiego, co zrobił, dla Pulp Fiction, Łowcy jeleni, Maxa Zorina, Prawdziwego romansu i „the only prescription is more cowbell!”, to _chyba_ jego najlepsza, najbardziej Oscarowa rola. Edukacja taneczna, jaką aktor przebył na początku kariery artystycznej, choreografia (którą Walken współułożył), puste korytarze Marriotta w Los Angeles i milion małych smaczków dały klip genialnie zabawny. Nie będę się rozwodził, warto jednak wspomnieć, że tym razem deszcz nagród był jeszcze większy, niż przy Praise you – samo MTV przyznało ich sześć. A to były czasy, gdy MTV potrafiło jeszcze podejmować dobre decyzje.

Beck – Guess I’m doing fine (2002)

Tak jak Beck na Sea change, tak Spike w klipie do Guess I’m doing fine z tej właśnie płyty pokazał się w spokojniejszym wcieleniu. W porównaniu z szaleństwem i tysiącem pomysłów wcześniejszych dzieł Spike’a, tu mamy prostą historię, ciepłe, a zarazem melancholijne kadry, zasmuconego Becka z akustykiem. Jednak Jonze nie byłby sobą, gdyby nie doprawił tej prostoty charakterystycznymi dla siebie ozdobnikami, takimi jak leżąca w piasku, wpierw cała, a potem połamana, płyta kompaktowa. Albo sunąca za artystą po ziemi gitara – pewnie tylko mi kojarzy się to z Beckiem-cieniem z klipu do Deadweight (autor Michel Gondry – spotkamy się z tym panem jeszcze).

Kulminacja i najbardziej poruszający moment teledysku ma miejsce około 3:10, kiedy Beck zostaje zaczepiony przez grającego w piłkę chłopaka. Wtedy pada zdanie idealnie komentujące atmosferę klipu, płyty, wydarzeń, jakie ją zainspirowały. Następuje oczyszczenie, wyrzucenie z siebie wszystkiego, co boli. A na finał, jako ostatni etap wyjścia z marazmu, Beck radośnie kopie piłkę z nowopoznanymi kolegami. Obrazek, który pozwala wierzyć, że w pamiętnych słowach Billa Shankly jednak kryje się prawda.

Bjork – It’s in our hands (2002)

Bjork – Triumph of a heart (2005)

To Michela Gondry nazywa się nadwornym reżyserem Bjork, ale Jonze ma też całkiem niezły wynik, łącznie notując na koncie trzy klipy dla Islandki. It’s oh so quiet znają chyba wszyscy, natomiast dużo mniej osób pamięta powstałe już w XXI wieku teledyski – jeden do piosenki promującej Greatest hits wokalistki, drugi do singla z Medulli. Być może to kwestia postępującego już wówczas odwrotu telewizji muzycznych, a być może klipy te są po prostu dużo mniej spektakularne (co nie znaczy gorsze), podobnie jak piosenki, którym towarzyszą.

It’s in our hands ukazuje Bjork w ciąży w krainie mchu i paproci, otoczoną owadami, grzybami i ściółką leśną. Teledysk został nakręcony przy użyciu noktowizora, a wykorzystanie zbliżeń sprawiło, że Bjork na tle pnącz i traw wygląda niczym leśny skrzat. Ta baśń może nie powala rewolucyjnością, ale dobrze się zgrywa z piosenką i z samą postacią wokalistki – może to najcelniejszy jej portret, jaki został stworzony?

Z kolei genialnie „dziwny” Triumph of a heart przedstawia Bjork w roli dziewczyny, która zmęczona szarym życiem z partnerem postanawia poszukać przygody w mieście. I znajduje ją – spotyka znajomych w pubie, upija się, śpiewa z nimi swoją piosenkę (zwróćcie uwagę zwłaszcza na kapitalny segment beatboxowy z udziałem beatboxera Dokaki, ale też zwykłych ludzi!), biegnie przez miasto, przewraca się (ponoć nieplanowanie, ale wyszło tak dobrze, że Jonze postanowił tę scenę zostawić). W tym czasie jej chłopak samotnie ogląda telewizję, nudzi się, wreszcie zasypia. Nad ranem ona budzi się na poboczu, wzywa jego na pomoc, on przybywa z ratunkiem, wracają do domu, godzą się i tańczą. Historia, jakich codziennie wiele. Jeśli oczywiście przyjmiemy nieco inną niż zwykle definicję słowa „kociara”..

Yeah Yeah Yeahs – Y control (2004)

Nigdy chyba Jonze nie był tak kontrowersyjny i krwawy, jak tu. Skrzyżowanie Come to daddy (minus twarz Aphexa), Mechanicznej pomarańczy (minus Alex) i Martwicy mózgu (minus mózg w mikserze) to właśnie Y control – opowieść o brutalnych, krwiolubnych dzieciach. Oburzenie wzbudzała scena, gdy mali sadyści niosą martwego psa i tańczą wokół niego, gdy mały wampir gryzie Karen O, gdy mała dziewczynka odrąbuje koledze dłoń, a inna wyciąga innemu koledze z brzucha jelita. Myślicie, że Spike Jonze to tylko deskorolka, żarciki i teledyski dobre na każdą porę dnia? Think again.

Kanye West – Flashing lights (2008)

UNKLE – Heaven (2009)

LCD Soundsystem – Drunk girls (2010)

Na koniec piątej części przeglądu Jonze’a trzy klipy stworzone w duetach, po trzyletnim urlopie od teledysków. Różnie bohaterowie lat 90. radzili sobie w czasach Youtube’a, najczęściej jednak mocno ograniczając liczbę swoich dzieł i wycofując się na drugi plan. To wymowne, że gdyby nie ten przegląd, myślałbym, że między Triumph of a heart a Drunk girls Spike Jonze nie stworzył żadnego teledysku. Wydawało się, że jego czasy minęły, i dopiero ostatnie miesiące (o których napiszę w części szóstej) pokazały, że wcale nie.

Flashing lights stworzone razem z samym Kanye Westem szokowało niedopowiedzeniem i brutalnością, a zarazem fascynowało główną bohaterką, przez jednego z internautów nazwaną „żeńskim Terminatorem”, oraz pustynną atmosferą. Nie był to jedyny teledysk, jaki powstał do Flashing lights, Kanye zgodnie z – jak sam twierdził – standardową procedurą stworzył więcej wersji, i dopiero z nich wybrał najlepszą. Pozbawione błogosławieństwa rapera, pozostałe dwa klipy oczywiście wyciekły do Internetu, dzięki czemu można zrobić szybkie porównanie. Choć ciężko się w nich do czegoś przyczepić, to jednak Jonze i jego iskra zrobili dużą różnicę.

Heaven to mniej teledysk, a bardziej montaż scen nakręconych na potrzeby skate filmu Fully flared, jaki Jonze stworzył z Ty Evansem. Nie ma błyskotliwego scenariusza, ale jest za to kunszt członków grupy skateboardowej Lakai oraz kapitalna synchronizacja dźwięku i obrazu wraz z kolejnymi, karkołomnymi i wybuchowymi ewolucjami. Dobrze napisał pewien internauta w komentarzu: na tym polega właśnie sztuka. Wreszcie Drunk girls to zapis dzikiej imprezy, jaką członkom LCD Soundsystem urządziła grupa wściekłych pand. Biedni muzycy, zwłaszcza Nancy Whang, dzielnie znoszą kolejne sadystyczne zabawy wymyślane przez zdziczałe ‚zwierzaki’ – zobaczcie, jak tradycyjnie niewzruszony i chłodny jest tu James Murphy. Ale, jako współreżyser klipu, miał dużo więcej czasu, by mentalnie przygotować się na to, co wraz z Jonzem zgotował swoim koleżance i koledze. James, bardzo śmieszne, brawo!

W przyszłym tygodniu ostatnie spotkanie z Jonze’m – Arcade Fire oraz Kanye West/Jay-Z, plus resztki, których do tej pory nie opisywałem, a które zostaną wywołane np. w komentarzach. Jeśli więc czegoś Wam w tym przeglądzie zabrakło, to macie ostatnią szansę, by to wywalczyć!

Opublikowano rezyserski | 1 komentarz

#12: Cośtam reżyserskie – Spike Jonze (4): koncert, rewind, boombox, gimnastyka, duchy i dzieci

W dzisiejszym odcinku jedna wspólna koncertówka i pięć dzieł wybitnych. Zapraszam do ucztowania.

Sonic Youth – The diamond sea (1995)

U takiego konceptualisty jak Spike Jonze taki teledysk może wyglądać nieefektownie, zwłaszcza, że nie jest jego autorskim dziełem. Pięciu reżyserów – oprócz Jonze’a Lance Bangs, Dave Markey, Steve Paine i Angus Wall – stworzyło kolaż składający się z koncertów Sonic Youth z trasy Lollapalooza Tour 1995 (m.in. koncerty z Las Vegas, Maryland, Gardena, Cleveland i Detroit). Jest tu właściwie wszystko, z czego słyną występy SY – współpraca gitarzystów, energia, dzikie bębnienie Steve’a Shelleya, jeżdżenie gryfem po scenie i głośnikach, nogi Kim Gordon. Pomimo daty powstania, klip nie zestarzał się, a zespół wciąż jest tak samo kapitalny na żywo (widziałem namiastkę i potwierdzam). Z tego względu The diamond sea to świetny, choć niepozorny, przegląd arsenału jednej z najważniejszych koncertowych formacji świata ostatnich 20 lat.

The Pharcyde – Drop (1996)

NO WRESZCIE. Klasyk, jedyny teledysk w wideografii Jonze’a, jaki powstał w 1996 roku (wygląda na to, że reżyser zrobił sobie wtedy trochę wolnego). Nigdy nie miałem tendencji do obwiniania Internetu o zmianę w sposobie słuchania i oglądania na _gorsze_, ale gdybym jednak chciał pomarudzić, to Drop byłoby koronnym argumentem. Mamy do czynienia z klipem, który na początku wydaje się zupełnie zwyczajny, i od spostrzegawczości widza zależy, kiedy w głowie pojawi mu się wielkie WTF. Dziś w takim momencie można sobie po prostu wideo zatrzymać i przewinąć do początku, ale w czasach przedinternetowych nie było tak dobrze, trzeba było czekać do następnej emisji i zakładać, że będzie się wtedy jeszcze pamiętało, że coś tu nie gra. Krótko mówiąc – kiedyś łatwo było widzowi prostą sztuczką narobić w głowie mętlik i zostawić w dezorientacji, dziś łatwo jest być mądralą w ciągu pięciu minut dzięki flashowemu odtwarzaczowi.

Pomimo luzactwa, z jakiego słyną Pharcyde i Spike, praca przy Drop łatwa nie była, a w ekipie obecny był lingwista, który musiał na nowo nauczyć raperów ich własnej piosenki. A przecież trzeba było wykonać jeszcze wszystkie mniej lub bardziej karkołomne gagi, przez cały czas mając OCZY DOOKOŁA GŁOWY. Dlatego właśnie to, co w Drop poraża najbardziej, to nie tyle pomysł, co jego realizacja – perfekcyjna, zabawna, precyzyjna, no i subtelna, nie ciskająca w twarz od pierwszych sekund pierwszego obejrzenia „TO JEST WŁAŚNIE NASZ KONCEPT, A MASZ!”. A wszystko to, na co stawiam każde pieniądze, gęsto spowijał aromatyczny, słodkawy dym kreatywności.

A kto zauważy Beastie Boys, dla tego uścisk dłoni prowadzącego blog.

Daft Punk – Da funk (1997)

W tym odcinku czuję się, jakbym wrócił do liceum. Same żelazne klasyki dziennych playlist, które wywracały mi percepcję i zmieniały układ sił wśród osobistych bohaterów. Daft Punk, szczerze mówiąc, na początku się „nie zapowiadali”, nie zrozumiałem od razu złożoności klipu do Around the world i przeszedłem zupełnie obok. Później zobaczyłem historię keczupu z Revolution 909, a jeszcze później nakręconą przez Spike’a smutną, nowojorską, uliczną opowieść do Da Funk. Kliknęło bardzo mocno.

Teledysk ten długo funkcjonował u mnie (i pewnie u wielu nadal tak funkcjonuje) jako „ten klip z facetem w masce psa”. I błąd, a kto nie obejrzał uważnie, ten gapa, bo mamy do czynienia z niemal minifilmem, wysuwającym się przed promowaną piosenkę, właściwie spychającym ją do roli soundtracku i rekwizytu. Da funk, wydobywające się z ukochanego magnetofonu głównego bohatera, jest tylko pretekstem dla historii o nietolerancji, ksenofobii i odmienności. Główny bohater, Charles, dyskryminowany jest właściwie za wszystko, od gipsu przez słuchaną muzykę aż po fakt, że w Nowym Jorku mieszka dopiero od miesiąca.

Wspomniany magnetofon przyczynia się do jego wyobcowania i porażki na dwa sposoby. Raz, że nie da się go ściszyć, co naraża Charlesa na ostracyzm ze strony handlarza książkami. Dwa – w NYC nie wolno wchodzić do autobusów z włączonym sprzętem grającym, przez co biedak traci szansę na miły wieczór z dawno nie widzianą koleżanką z dzieciństwa. I niech sobie Thomas Bangalter mówi co chce, że nie ma tu żadnego ukrytego znaczenia, a teledysk po prostu opowiada o człowieko-psie z ghettoblasterem w Nowym Jorku. To naprawdę smutna historia.

Da funk doczekał się sequela, stworzonego już przez samo Daft Punk – w teledysku do Fresh Charles powraca, tym razem w roli aktora na plaży. Cała historia, jak się okazuje, ma happy end – bohater i jego przyjaciółka z dzieciństwa są już parą i odjeżdżają w kierunku zachodzącego słońca. Spike tym razem stanął po drugiej stronie kamery, występując jako reżyser filmu, w którym gra Charles. Klip do Fresh macie poniżej w bonusie, zaraz po głównym bohaterze ostatnich czterech akapitów.

The Chemical Brothers – Elektrobank (1997)

Kolejny Spike’owy klip z fabułą, spychający promowany singiel na drugi plan. Przede wszystkim chciałbym wyrazić swoje zbulwersowanie z powodu obrzydliwego nepotyzmu, jaki miał tu miejsce, bo reżyser w roli głównej obsadził swoją ówczesną dziewczynę, Sofię Coppolę. Gołym okiem widać obecność układu. Szanujmy się, tak? Czy my jesteśmy w PSL?

Fabuła teledysku kojarzy mi się z olimpijskimi historiami typu Harding/Kerrigan, tylko oczywiście bez prób łamania nóg. Coppola musi raczej zmierzyć się ze swoimi słabościami, nerwami, bolesnym upadkiem, wreszcie presją. Przybycie rodziców dodaje jej sił, dzięki czemu wykonuje tę najważniejszą akrobację, no i…Slantmagazine napisał, że Elektrobank to chyba najlepsze dzieło Spike’a, i choć nie podzielam, to domyślam się powodu. Kapitalnie synchronizują się tu dźwięk i obraz, układ Coppoli niejako „reaguje” na zmiany tempa i nastroju w piosence. Brawa dla choreografa i scenarzysty za umiejętne rozprowadzenie dramaturgii, zwłaszcza w finale.

Dygresja na koniec: lubię myśleć, że Kelly watch the stars Air to taki nieoficjalny sequel, ale to sobie zostawię na przegląd twórczości Mike’a Millsa.

Pavement – Shady lane (1997)

Niby klasyk mniejszy i nie tak efektowny jak poprzednie, ale ta skromność, oszczędność i ciepło pasują idealnie do jednej z najsłodszych i najmelodyjniejszych piosenek Pavement. Dyskutujący ze mną podczas pierwszego spotkania w Owocach i Warzywach Maciej Ożóg wysunął interpretację Stephena Malkmusa bez głowy jako metafory stanu Kalifornia. Ja nie posuwałbym się tak daleko, dla mnie to po prostu nieco refleksyjny klip na temat konkretnie pojętej nieobecności. Aluzje do tego tematu pojawiają się co krok – samochód bez kierowcy, przezroczyści członkowie zespołu, Kannberg w rurce do oddychania – nadając całości nieco gorzki posmak. A zarazem potrafi być bardzo słodko, zwłaszcza w tych amerykańskich, podmiejskich ujęciach, gdy Malkmus jedzie rowerem. Oczywiście mogę nadinterpretować, a Shady lane to być może po prostu efekt burzy wyjątkowo szalonych mózgów, ale ten klip to dla mnie (wraz z piosenką) spokojna, ciepła mądrość.

Notorious B.I.G. – Sky’s the limit (1997)

Tworzenie klipów to ciężka praca, obarczona dodatkowo wieloma losowymi czynnikami, jakie mogą utrudnić produkcję już w trakcie jej trwania. Kreatywny reżyser zawsze potrafi znaleźć wyjście z takiej sytuacji, po tym się go w końcu poznaje. Ale co zrobić, gdy artysta zostaje zastrzelony? Wbrew pozorom całkiem sporo – animacja komputerowa, jakieś zdjęcia pustyni/lasu/tundry, klip fabularny z aktorami, archiwalny materiał z koncertu…Zatrudnienie we wszystkich rolach dzieci?

GIGANTYCZNE pochwały należą się Spike’owi za pomysł, a małoletnim aktorom za wykonanie. Grają naprawdę genialnie, dziecięca wersja Notorious B.I.G.‚a jest bardzo bliska oryginału, podobnie jak mały Puff Daddy (bo to on? nie Ma$e, prawda?). Sam klip ze swoim ‚scenariuszem’, scenografią, basenami, wielkim domem i futrami można by bezrefleksyjnie wsadzić do szuflady z napisem ‚bling-bling’ (pamiętając, że Biggie był jednym z pierwszych, którzy ten styl wepchnęli na dzienne anteny), gdyby nie robiące różnicę dzieciaki. One, plus pamięć o zabójstwie Biggiego, plus wymowny tytuł Sky’s the limit i spokojny klimat całej piosenki, sprawiają, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej wzruszających hołdów i pożegnań zmarłego artysty w historii wideoklipów. Jest mi naprawdę trudno powstrzymać smutek, gdy mały Notorious opuszcza okulary i patrzy w kamerę w końcówce.

W kolejnym odcinku przede wszystkim Fatboy Slim, a do tego prawdopodobnie też Beck, znów Bjork i dwie-trzy rzeczy nowsze. Nie będzie to ani Arcade Fire, ani Jay-Z/Kanye West, ich zostawię sobie na koniec.

Opublikowano rezyserski | 3 Komentarze

#11: Poniedziałek reżyserski – Spike Jonze (3): fotograf, mózg, płomienie, Japonia i uliczny taniec

Z lekkim po-Offowym poślizgiem wracamy do tematu Spike’a, dziś kolejne sześć teledysków.

Rocket From The Crypt – Ditch digger (1994)

Velocity Girl – I can’t stop smiling (1994)

Dwa solidne, ładne indie rockowe kawałki i dwa solidne, ładne obrazki do nich. Oba kontynuują trochę podjęty przeze mnie w poprzedniej części wątek silnej „ławki rezerwowych” u Jonze’a, a jednocześnie pokazują, że nie zawsze Spike PROCH WYMYŚLAŁ. Czasem wystarczyło po prostu sięgnąć do swojego katalogu sztuczek (montaż, Buddy Holly, kolorystyka, humor), zmienić nieco temat (corrida i wizyta u fotografa) i wystarczy. Warto uważnie obejrzeć zwłaszcza klip Velocity Girl – wariacka interpretacja tytułu (przecież u fotografa trzeba się uśmiechać, prawda?) idzie w parze z zabawnymi pomysłami na kolejne sytuacje, zagrane m.in. przez członków zespołu. Teledysk RFTC z kolei pokazuje, jak duży talent do łączenia pozornie niepasujących tematów – indie i byki? – miał i ma nadal Jonze.

MC 500 Ft. Jesus – If I only had a brain (1994)

Hahahahaha, no PRZECIEŻ. Cudowne lata 90. i teledysk o facecie, który po przeczytaniu w gazecie ogłoszenia „Kup sobie mózg!” postanawia nadać się w paczce. Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda, a MC 500 ft. Jesus (co za nick!) przyciąga ich do siebie masę. A do tego umie się znaleźć w każdej sytuacji i opałach – urządzając dyskotekę, medytując, robiąc na drutach czy myjąc zęby. Wszystko cały czas w pudle. Szkoda tylko, że nie udało mu się w końcu zdobyć upragnionego mózgu..a może po tak kształcącej podróży jednak się udało?

Różnymi kryteriami można mierzyć sukces reżysera i teledysku, i co by nie mówić o późniejszych hitach Spike’a i nagrodach, jakie na niego spłynęły, to jednak właśnie If I only had a brain przyklepał kultowość tego świra, pojawiając się w chyba najsłynniejszym recenzenckim programie MTV tamtych czasów. Redaktor Beavis trzasnął wtedy taką recenzję, że niektórzy pamiętają ją do dziś i mają ochotę ‚cytować’ przy każdym usłyszeniu kawałka. Skoro tak, to oprócz teledysku dostaniecie też i B&B w bonusie.

Wax – California (1995)

Jest! Pierwszy ban w MTV dla Jonze’a przyszedł właśnie z tym teledyskiem. Tu się można zacząć śmiać, bo przecież ten kanał dziś nie takie rzeczy emituje w dzień. Ale jednak jest drugie dno tej całej historii. Jaki program, między innymi, pchnął na początku dekady 00. MTV na nowe tory? Jackass. Kto jest współtwórcą Jackassa? Spike Jonze. Tak oto tytuł najbardziej wizjonerskiego i przewidującego klipu w dyskografii reżysera zdobywa właśnie California i nie powinno już dziwić to, że to właśnie płonący facet z tego klipu zdobi okładkę Spike’owego odcinka The work of director. To zresztą nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności – perkusista Wax również był później ważną częścią ekipy Jackassa i Wildboyz. Ręka rękę myje, znaczy łamie.

R.E.M. – Crush with eyeliner (1995)

Nic specjalnego. Teledysk typu performance, w którym japońska grupa R.E.M. wykonuje swoją piosenkę w barze, na ulicy, w metrze, w windzie i paru innych niecodziennych miejscach. Jest publiczność, są migawki z ulicy, jest czapka owcy, jest salon gier. Po prostu schemat. Nawet turyści z innego kontynentu, przysłuchujący się występowi zespołu i mieszający się w tłumem, musieli się pojawić. Nuuuuda, więcej przewrotności Spike!

Bjork – It’s oh so quiet (1995)

Absolutna klasyka, ale co mogło powstać w wyniku starcia takiej dwójki w swoim szczycie formy? Porywający, brawurowy uliczny musical, coś jakby Czarnoksiężnik z krainy Oz spotkał Grease na imprezie pełnej kolorowych ŁAKOCI. A zaczyna się niepozornie i w sumie niepokojąco – oj, brudna łazienka, Bjork, to na pewno będzie jakaś ciężka i chora historia. A tu figa.

Warto podkreślić pomysł na kontrast między zwrotką i refrenem, osiągnięty za pomocą zabawy tempem (slow motion w zwrotce, zwykłe tempo w refrenie). O wariackich układach tanecznych i scenografii nie trzeba wspominać, bo przecież każdy widzi jakie są, prawda? Tak samo jak Bjork udało się zaskoczyć słuchaczy poprzez wciśnięcie na mroczną i elektroniczną Post musicalowego coveru, tak samo Spike odświeżył wizerunek islandzkiej diwy i pokazał ją od wciąż „dziwnej”, ale wyjątkowo słonecznej i radosnej strony. Najbardziej kojarzonym z artystką reżyserem jest oczywiście Michel Gondry, ale Spike’owi ‚podrobienie’ jego stylu po swojemu wyszło znakomicie i wcale nie gorzej od pierwowzoru.

W następnym odcinku m.in. obiecane już dwa razy Pharcyde, a także uliczna odyseja Daft Punk, Sofia Coppola jako gimnastyczka, Stephen Malkmus bez głowy i mały Notorious B.I.G.

Opublikowano rezyserski | 4 Komentarze

#10: 30 lat MTV!

Drobna korekta planów – ze Spikiem Jonze’m spotkamy się w przyszłym tygodniu, dziś zaś wpis specjalny. Wczoraj, 1 sierpnia, swoje 30 urodziny obchodziła stacja, bez której ten blog zapewne miałby dużo mniej materiału do opisania. MTV dziś kojarzy się ze wszystkim, tylko nie z muzyką, więc tym bardziej warto wracać do czasów, gdy – cytując Asię Świderską – „M w MTV miało znaczenie”. Dziś brzmi to jak bajka o żelaznym wilku, ale to były piękne, pełne wrażeń, odważnych prób i delikatnej telewizyjnej anarchii dni.

Po raz drugi w krótkiej historii bloga wspomoże mnie gość – tym razem będzie to jeden z największych pasjonatów telewizji muzycznych, jakiego znam, przesiąknięty kulturą MTV bardzo głęboko i chłonący ją na bieżąco w tamtych czasach. Marcin Nowicki pisał już o urodzinach stacji dla Onet.pl (link do artykułu – na końcu wpisu), zaś na potrzeby bloga przygotował niezwykle ciekawe zestawienie YouTube’owych materiałów-archiwów ze złotych czasów kanału. W imieniu jego i swoim zapraszam w tę podróż przez lata, które – nie ma co się oszukiwać – na pewno już się nie powtórzą. Choć bardzo chciałbym się rozczarować.

30 lat MTV – świętujemy na YouTube!

Fakt, że MTV, jako marka z kilkudziesięcioletnim stażem i o tak wielkim dorobku, nie pokusi się w obliczu trzydziestych urodzin o żadną retrospektywę na żadnej ze swoich głównych europejskich anten, komentuje się sam. Na szczęście mamy platformę YouTube, dzięki której samodzielnie możemy zaprogramować retro – tour de force. Zapraszam!

Nie sposób nie rozpocząć od serii klipów prezentujących zapis pierwszej doby działalności oryginalnego amerykańskiego MTV. Co prawda z pierwszych 24 godzin ostało się tutaj jakieś siedem, ale nadal jest to rzecz warta obejrzenia. Oprócz (wiadomo) samych teledysków podziwiać możemy pionierskie, pełne naturalnej ekscytacji, wyczyny VJ-ów stacji. Do tego niepowtarzalne jingle i bloki reklamowe, które dają niezłe pojęcie o tym, jak bardzo niewinnie komercyjna strona telewizji wyglądała tych, bagatela, trzydzieści lat temu.

http://www.youtube.com/user/MTVTheFirst24

Kampanię „I Want MTV!” przedsięwzięto w celu zwiększenia audytorium kanału. W rozmaitych odsłonach cyklu udział wzięło kilka tuzinów największych gwiazd muzycznej sceny pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Ile z nich rozpoznacie w poniższym spocie z 1985 roku?

W 1984 kanał rozpoczął przyznawanie swoich Oscarów. Coroczne transmisje gali Video Music Awards stały się jednym ze znaków firmowych MTV. Niektóre z występów – jak ten Madonny podczas pierwszego rozdania VMAs – z miejsca weszły do annałów popkultury.

1. sierpnia 1987 w Amsterdamie otwarto oddział MTV w Europie. Pierwszym wyemitowanym teledyskiem był „Money for Nothing” brytyjskiej grupy Dire Straits. Specjalnie na tę okazję wideoklip wzbogacono o partię Stinga, nucącego „I Want My MTV!”…

Dwa lata później europejskie MTV przeniesiono do Londynu. Rozpoczął się najciekawszy okres w historii marki. Doskonałość jingli i grafik stacji do dziś zapiera dech w piersiach. W ‘Music Non Stop’ (wcześniej MTV ‘Prime’) prezentowano nowe przeboje przedzielone klasykami. Często emitowano nagrania młodych wykonawców z Europy. Za muzyczny podkład czołówki służyło nagranie Kraftwerk o tym samym tytule.

Jednym z wielu udanych autorskich programów MTV Europe był codzienny piętnastominutowy żurnal ‘Coca Cola Reports’ – mix dat koncertowych, newsów, wywiadów i klipowych retrospektyw. Co ciekawe – niezwykle szeroko prezentujący również muzykę alternatywną czy ambitny pop.

W 1994 roku w Berlinie odbyła się pierwsza edycja MTV Europe Music Awards. Do końca dekady nagrody będą w znakomity sposób odzwierciedlać europejski charakter kanału. Niestety, po 2000 roku niewyszukana amerykanizacja zamieni je w fast-foodową papkę. Na wspaniałym rozdaniu w Londynie w 1996 zaśpiewała m. in grupa Garbage.

W 1995 roku, po 3 latach działalności, zakończono emisję flagowego show europejskiego oddziału. ‘Most Wanted’ Raya Cokesa zmieniło telewizję w ogóle, chociaż pochód naśladowców nie był nigdy w stanie dorównać znakomitemu poczuciu humoru legendarnego prezentera MTV. Przez studio przewinęły się długie sznury gwiazd z tamtego okresu. Poniżej fragment odcinka z Kylie Minogue:

W następnych latach rozpoczęto dalszą ekspansję marki. Pojawiły się MTV Germany i MTV UK, ale i MTV Asia. Nie chodzi o to, że nie uwielbiam Backstreet Boys, ale ten wywiad dla azjatyckiego oddziału zupełnie mnie nie bawi. Może rozbawi Was?

Na niemalże finał pamiątka po polskim MTV, z czasów kiedy kanał zajmował się jeszcze prezentowaniem muzyki. „[…]z MTV prezenterko![…]”, śpiewali CKOD w warszawskim studio programu ‘MTV Select’ (2003)

I wreszcie, na zakończenie, także przypomnienie, że w naszym kraju oficjalnie dostępny jest sygnał ostatniego kanału z paczki MTV wartego zachodu – VH1 Classic, na którego antenie można zobaczyć setki genialnych teledysków nie prezentowanych w telewizji od lat.

Zachęcam oczywiście do samodzielnego eksplorowania zbiorów starego MTV zamieszczonych na YouTube, jest tego naprawdę dużo!

Więcej o 30. urodzinach MTV tutaj:

http://muzyka.onet.pl/publikacje/telewizja-ktora-zmienila-swiat,1,4806559,wiadomosc.html

Marcin R. Nowicki

Opublikowano 00s, 80s, 90s | Dodaj komentarz

#9: Poniedziałek reżyserski – Spike Jonze (2): deska, narty, golf i młotek

W zakończeniu poprzedniego odcinka zapowiedziałem m.in. Daft Punk i Pharcyde, ale postanowiłem zmienić plan. Przez bogatą wideografię Spike’a Jonze’a NIE DA SIĘ przejść pobieżnie, więc tego nie zrobimy, będzie chronologicznie i najdokładniej, jak się da. Dziś początki, ekscytujące nie tylko jak na teledyskowego żółtodzioba.

Sonic Youth – 100% (1992)

Pierwszym klipem Jonze’a był obraz do High in high school Chainsaw Kittens, ale prawdziwa zabawa zaczyna się tu, w wyreżyserowanym z Tamrą Davis klipie dla Sonic Youth. Przypomnę, że mówimy o czasie dla zespołu wyjątkowym – 100% było pierwszym singlem z ukazującej się właśnie Dirty, wielkobudżetówki, która miała pociągnąć sukcesy poprzednika (Goo) i Nirvany. Nie do końca się udało, pomimo produkcji Butcha Viga i silnej promocji, ale można się domyślić, jak ważną dla wytwórni sprawą było nakręcenie porządnego klipu do pierwszego singla. I że tej reżyserii nie może dostać byle kto.

Nakręcony w Kalifornii teledysk zrobił furorę w MTV i do dziś jest jednym z klasycznych momentów tej stacji z 90s, swoistą kapsułą czasu (tylko popatrzcie na te flanele!). Jonze oczywiście odcisnął na klipie swój znak wodny w postaci deskorolki, wiele ulicznych scen kręcąc nawet w czasie jazdy. W centrum mamy historię o tragicznie zakończonej przyjaźni dwóch skateboarderów (jako jeden z nich pokazał się Jason Lee, późniejszy m.in. Earl z My name is Earl). To nawiązanie do zabójstwa Josepha Dennisa Cole’a, przyjaciela m.in. Black Flag i Sonic Youth właśnie, jemu zresztą dedykowana jest piosenka. Ale pomijając smutne okoliczności i brak sukcesu komercyjnego Dirty, teledysk do 100% niejednego zmusił do zadania sobie pytania „kto to do diaska nakręcił?”. Bo i doprawdy, tak robiących wrażenie, błyskotliwych debiutów było w historii chyba tylko kilka. 

The Breeders – Cannonball (1993)

The Breeders – Divine hammer (1993)

Szaleństwo, móc nakręcić trzeci teledysk w życiu dla sióstr Deal, z pomocą jednej z nich, do takiego hitu jak Cannonball. Z krótkim stażem i w wieku 24 lat Spike Jonze stał się ekspresową ikoną MTV i jednym z liderów charakterystycznych dla 90s teledysków, w których tak na dobrą sprawę o nic nie chodzi, ale są pełne luzu, humoru i piekielnie inteligentne. No bo, gdyby próbować streścić Cannonball, to co właściwie wyjdzie? Breeders grają w garażu, Kim Deal śpiewa i gwiżdże pod wodą, tytułowa kula armatnia toczy się ulicami. Właśnie streściłem jeden z najbardziej rozpoznawalnych teledysków lat 90., dziękuję.

Nakręcony około roku później Divine hammer takiej kariery nie zrobił, nie jest też równie przebojową piosenką, ale tak naprawdę mamy do czynienia z tymi samymi elementami – niepozornym lecz świetnym pomysłem oraz amerykańskim, zwariowanym luzem. Teledysk, w którym Breeders wcielili się w niebiański uliczny patrol, to tym razem dzieło triumwiratu Jonze-Richard Kern (autor m.in. klipu do Death Valley 69)-Kim Gordon, i to zestawienie wymownie pokazuje, jak szybko Spike został przyjęty jako swojak w środowisku amerykańskiego indie. Już za moment spotkanie ze Spike’iem i teledysk jego autorstwa miał stać się bardzo pożądany, na czym w pierwszej kolejności skorzystali debiutujący nerd-gitarowcy z Los Angeles i weterani rapu z Nowego Jorku.

Luscious Jackson – Daughters of the kaos (1993)

Teenage Fanclub – Hang on (1993)

Warto dokładnie zgłębiać wideografie znanych reżyserów, nie skupiając się tylko na hitach, bo w tle można wyłowić perły takie jak te dwie. Nie mówiąc już o poznaniu piosenki tak świetnej jak Daughters of the kaos – gdzie są ci, którzy twierdzą, że teledyski są w procesie odkrywania muzyki niepotrzebne? W obu przypadkach mamy rozwinięcie prostego pomysłu na wideo typu „performance” (pokazujące zespół w trakcie grania/występu) – u Luscious Jackson wartością dodaną jest tajemnicza historia w klimacie noir (przewrotnie pokazana w kolorach – cały Spike), u Teenage Fanclub uliczna jazda na nartach (i mały smaczek – przez moment pojawia się bluebox bardzo podobny do tego z Undone Weezera). I mimo, że styl Spike’a stał się w pełni rozpoznawalny dopiero kilka miesięcy później (wspominałem o tym w pierwszej części jego przeglądu), to fascynujące jest obserwowanie, jak się wykluwa, jak widać już gdzieniegdzie zapowiedzi tego, co nastąpi. Jednym z ideałów rodzącego się w latach 80. indie było wynoszenie na piedestał bohaterów nieoczywistych, z drugiego planu, i w wideografii Jonze’a ta zasada daje oszałamiające rezultaty.

Dinosaur Jr – Feel the pain (1994)

Absolutnie najśmieszniejszy z dzisiejszej piątki, absurdalnie wręcz. Kiedy byłem młodszy, bardzo lubiłem grać na zabytkowych C64 i PC-tach w golfa, także jego odmianę mini. Ale takie coś – golf MIEJSKI – nigdy mi się nawet nie przyśniło. Jakby mało było wariactwa w samym pomyśle, Spike naszpikował teledysk mnóstwem przezabawnych sytuacji (ofiarność, z jaką panowie golfiści walczą o piłkę z intruzami) i smaczków (krople wody albo okulary szybujące wraz z piłką..). A przy uważnym oglądaniu można zauważyć nie tylko stojącego na ulicy J Mascisa, ale też samego reżysera.

Pamiętam, że to było moje pierwsze zetknięcie z DJr – jeszcze nie wiedziałem, że to legendy, po prostu bawił mnie klip, ale po latach, znając już You’re living all over me i Bug, jego wspomnienie wyblakło. Uznałem, nie widząc długo teledysku, że piosenka jak na Dinosaur Jr jest zbyt ugładzona, i tak też długo myślałem o obrazku, zwłaszcza na tle reszty wideografii Jonze’a. Nonsens. Po powrocie stwierdzam, że to jest jeszcze zabawniejsze, niż kiedyś. To bohaterski, słodko-gorzki zapis tego, jak bardzo można kochać swoją dyscyplinę i zacięcie walczyć o wygraną. Nie zdradzę, czy ona w końcu przychodzi, musicie dowiedzieć się sami.

A za tydzień poszukiwania mózgu, bieg w płomieniach, Michael Stipe w Japonii, uliczny taniec Bjork i marihuanowy spacer przez miasto. Wspak.

Opublikowano rezyserski | 2 Komentarze

#8: Pon..czwartek reżyserski – Spike Jonze (1): Bestie i geeki

Czas zacząć drugi cykl w ramach reżyserskich, zwykle poniedziałkowych (a dziś czwartkowych, o czym niżej), regularników. Jeśli widzicie tu pewien wzór, to brawo – póki co trzymamy się linii wyznaczonej przez serię DVD „Work of director”. Jednocześnie trzej reżyserzy, którzy otworzyli serię, to moi faworyci i ulubieńcy wszechczasów. Chrisa Cunninghama mamy już obejrzanego i przejrzanego, więc dziś ruszamy z twórczością Amerykanina, który kocha BMX-y i deskorolki, który mężował Sofii Coppoli i spotykał się z Karen O, który wchodził do głowy Johna Malkovicha i który przyłożył rękę do upadku MTV. Adam Spiegel, a dla świata Spike Jonze.

Karierę zaczynał jako fotograf w rowerowym magazynie Freestylin’ Magazine i autor ulicznych filmów z deskorolkowymi trickami. W 1992 roku nakręcił (jeszcze nie sam) pierwsze dwa teledyski – jednym z nich było słynne, ‚slackerskie’ 100% dla Sonic Youth. Poczta pantoflowa zadziałała, i fama o kreatywnym, wyluzowanym świrze dotarła od Kim Gordon do Kim Deal (Cannonball dla The Breeders), Normana Blake’a (Hang on dla Teenage Fanclub) i Jill Cunniff (Daughters of the kaos dla Luscious Jackson). Wszystko to w roku 1993, który uwieńczyło prawdopodobnie najbardziej brzemienne spotkanie w karierze Jonze’a, z Beastie Boys. Kolejny rok był już jego, i większość omówionych klipów pochodzi właśnie z rocznika 1994. Dziś zajmiemy się teledyskami dla Beasties właśnie i dla Weezera.

Czemu taka obsuwa tego wpisu? Powody są dwa. Po pierwsze, chciałem poczekać troszkę na gościa – autorem tekstów o klipach Weezera jest mój znakomity kolega redakcyjny, Emil Macherzyński. Po drugie zaś, historia trochę nieoczekiwanie dla nas dopisała nowy rozdział, o którym słów kilka na końcu.

Beastie Boys – Time for livin’ (1993)

Jeśli ktoś znał już wspomniane teledyski Spike’a dla Breeders i Sonic Youth, to Time for livin’ mógł nie zrobić wielkiego wrażenia. A z drugiej strony, jeśli ktoś kocha deskorolkę, hc punk i klimat Ameryki, to klip wrażenie zdecydowanie zrobić musiał. Nie zapowiadając tego, co miało nastąpić – także z Beasties – już niebawem, po prostu dobrze, dynamicznie i zwięźle zilustrował tę punkową wersję nagrania Sly & The Family Stone. Bez wielkiej sztuki, bez wielkich aspiracji, w dół poręczy i po krawężniku. Młodość.

Beastie Boys – Sabotage (1994)

Najbardziej epicka (to słowo może nie pasować do teledysku, ale naprawdę mało gdzie pasuje lepiej niż tu!), spektakularna, zabawna, porywająca, wizjonerska rzecz w historii muzycznych teledysków? To był szok w 1994, to wciąż robi gigantyczne wrażenie w roku 2011. Nie lubię tego typu hipotetycznych pytań, ale wydaje mi się, że jest ono na rzeczy – gdzie dziś byłby Sabotage gdyby nie wizja Jonze’a, gdzie byłby też Jonze, gdyby nie spotkał tak zdolnych wykonawców i aktorów jak Beastie Boys? Z pełną świadomością wszystkich świetnych klipów, jakie Spike zdążył zrobić wcześniej, nie można stwierdzić inaczej niż: to jest jego przełom.

Każdy, kto miał okazję być dzieckiem TV, wie, jakie cudowne były (i nadal są) seriale kryminalno-policyjne. Dla mnie były to m.in. Miami Vice, KojakDempsey & Makepeace, Gliniarz i prokurator. Dla Spike’a Hawaii Five-O, SWAT, Ulice San Francisco i Starsky & Hutch, i to właśnie im kłania się w pas w Sabotage. W rolach głównych wielkie gwiazdy: Sir Stewart Wallace, Nathan Wind, Vic Colfari, Alasondro Alegre, Fred Kelly (najlepszy!). Aktorzy drugoplanowi też świetni…HAHA. Każdy najmniejszy element, montaż, pomysły na sceny, gra aktorska, zdjęcia – wszystko jest tu genialne. Zresztą, mówimy o klipie-symbolu MTV, który zna każdy, więc właściwie czy padło tu choć jedno nowe słowo?

I wydaje mi się, że najlepszym, co zrobiło najnowsze wcielenie MTV (do którego powstania Spike Jonze paradoksalnie przyłożył rękę), to przyznanie Sabotage podczas Video Music Awards 2009 nagrody w kategorii „Best Video (That Should Have Won a Moonman)”. RACZEJ. Uwierzylibyście, że przegrali w 1994 z Aerosmith?

Beastie Boys – Sure shot (1994)

Ach, klimat środka 90s, Sure shot, złote dni MTV i lato. Mamy moment, w którym już chyba byłbym w stanie rozpoznać, że autorem danego klipu jest Jonze. Dwa elementy, które wyróżnią go zawsze i wszędzie – luz i unosząca się w klimacie teledysku amerykańskość – są tu obecne. Wspominałem o tym podczas spotkania w Owocach i Warzywach – jest w wielu klipach Spike’a jakiś charakterystyczny odcień, scenografia, kolorystyka, które jasno odsyłają właśnie do Stanów. I to samo mamy tu, nie tylko ze względu na palmy, koszykówkę i czapkę z daszkiem Mike’a D.

Jednocześnie też widać, jak dobrą relację zespół złapał z reżyserem – czy komuś innemu Beasties pozwoliliby się wsadzić w garnitury? Nawet jeśli po rozbuchanym formalnie i treściowo Sabotage ten teledysk wydaje się bardziej wycofany i oszczędny, to decydują smaczki. Takie jak kamera przymocowana jakby do kosza, by każdy z Beasties mógł zrobić wsad rapując (np. Mike D w 0:23, MCA w 0:45, Adrock w 1:47). Ja nie lubię specjalnie koszykówki – wstydliwe wyznania – ale po takim teledysku chyba nawet ja bym się przebrał i popędził zagrać, nawet jeśli nie nosiłem nigdy kurtki z koca.

Weezer – Undone (the sweater song) (1994)

Kiedy Weezer przeciął swój szlak ze Spike’iem Jonzem, obie strony były w dosyć podobnej sytuacji. Kwartet założony w Los Angeles szykował się do debiutu, jak setki tysięcy „alternatywnych” zespołów, jakie wyrosły z sukcesu Nevermind i zostały przygarnięte przez wielkie wytwórnie. Reżyser miał już ładne CV, ale też daleko mu było do zobaczenia Madonny na swoim progu – miał w zanadrzu m.in. współ-reżyserie Cannonball The Breeders (z Kim Gordon) i 100% Sonic Youth (z Tamrą Davis; debiutował tu jako „aktor” młody Jason Lee). Jednak to spotkanie nieopierzonego reżysera z równie pozbawionym doświadczenia bandem zakończyło się dla obydwu aktów gigantyczną sławą.

Pierwszy wspólny projekt był jednak raczej wprawką. Undone – The Sweater Song to taki słodki, pierwszy-teledysk-zespołu-do-pierwszego-singla. Piosenka jeszcze spełnia wymogi bycia, dzisiaj byśmy powiedzieli, indie (jest głośna, z dynamiką jak ze Smells Like Teen Spirit), a teledysk to taki typowy dla lat 90. artystyczny brzdąc, w którym o nic zasadniczo nie chodzi. Często przytaczaną przez zespół anegdotą jest historia, jak z kilkudziesięciu scenariuszy tylko Jonze nie nawiązywał w swoim pomyśle ani razu do tytułowego swetra. Samo wideo to pojedyncze, spowolnione ujęcie zespołu w jakiejś sali, wokół którego dzieją się dziwne rzeczy (biegają psy np.), aż w końcu on sam zaczyna zachowywać się dziwnie. Ponoć proces powstawania był ogromnie męczący, trwający całe wieki, a jeden z piesiów ulżył sobie w bębnie basowym, i to w ten gorszy sposób. Jednak, jak na introdukcję, choć skromną, wypadło nieźle. (EM)

Trzy słowa: grzywka Riversa Cuomo. (dzwplobr)

Weezer – Buddy Holly (1994)

Deklarujący się po pierwszych doświadczeniach jako anty-teledyskowi muzycy Weezera dali się namówić po raz drugi na współprace z Jonze’m i to był strzał w dziesiątkę. Wprawdzie dla Europejczyków trochę abstrakcyjny – sitcom Happy Days nigdy się popularnością na kontynencie nie cieszył – ale genialna prostota tego pomysłu złapała wszystkich. Pomagała też piosenka – kompozytorski szczyt popowych możliwości lidera Riversa Cuomo. Jednak czym byłby dzisiaj Buddy Holly bez łączącego archiwalne fragmenty show (lata 70.) z nowo-nagranym materiałem z baru, pociesznego teledysku? To świetnie wystylizowany i nakręcony klip, w którym jest tyle samo humoru, co pokątnie przemycanego nerdowskiego stylu zespołu (co ciekawe, znany ze swoich okularów, Rivers zrezygnował z nich w tym klipie uznając, że jeżeli założy je śpiewając o Buddym Hollym, będzie to przegięciem). Z ciekawostek – klip dołączono do każdej płyty instalacyjnej Windows 95.

Gdyby zastanowić się kto wypadł lepiej na sławetnym wideo do Buddy Holly, jak to dosyć rzadko (wydaje mi się) bywa w świecie teledysków, byłby to Jonze. Weezer do dzisiaj nie potrafi/nie chce się uwolnić od etykiety geek-rockowców dla buzujących hormonami adolescentów. A Spike? Spike to dzisiaj ceniony, filmowy reżyser. Czasami zdecydowanie lepiej stać po drugiej stronie kamery. Albo mieć więcej jaj niż Cuomo. Sami zdecydujcie.  (EM)

O kulcie Happy Days w Stanach może niech powiedzą liczby – serial doczekał się pięciu aluzji w Family Guy, co jest pewnie czołówką rankingu najczęściej parodiowanych. Sam klip, oprócz tego, że oczywiście jest genialny, został nakręcony w jeden dzień, zdobył cztery nagrody MTV Video Music Awards, a także jest wyświetlany w muzycznej części Museum Of Modern Art. Czyli „całkiem ujdzie”. (dzwplobr)

Beastie Boys – Ricky’s theme (1994)

Ou, Beasties na dobre odkrywają w sobie talent do komedii i aktorstwa. Czy też może ktoś im pomógł? Niepozorny instrumental Ricky’s theme staje się tłem do zabawnej historii o trzech zgryźliwych tetrykach, w ramach zemsty ogrywających młodzików w kosza. Wesołe jest życie najbardziej cool staruszka na Ziemi, a ci trzej spodobali się BB tak bardzo, że trafili później na okładkę składaka The sounds of science. Przedstawiona w klipie wizja ładnie też zgrywa się z leniwym, sączącym się instrumentalem, w którym nic nie jest wymuszone, samo naturalne, jak długoletnia męska przyjaźń. Teledysk, w którym MCA wygląda jak Karl Gambolputty MUSI być zabawny.

Beastie Boys – Root down (version 2) (1998)

Tym razem panowie pokłonili się w pas hiphopowi i jego historii. W tym teledysku – naprawdę mam nadzieję, że to jest zrobiona przez Jonze’a wersja druga, a Internet w tej sprawie zupełnie nie pomaga – jest wszystko, o czym z lubością pisał kiedyś znany wielbiciel hiphopu i fizyk na forum Porcys kilka lat temu. Rap, b-boye, turntablism, graffiti. I jeszcze oczywiście miasto-kolebka, Nowy Jork, dom nie tylko dla Beastie Boys. Kilka lat później zespół złożył swojemu matecznikowi hołd jeszcze bardziej dosłowny na To the 5 boroughs, a ja jednak wolę to, jak w obrazy ubrał ten lokalny patriotyzm Jonze.

Weezer – Island in the sun (version 2) (2002)

Kolejne spotkanie z Weezerem przyszło 7 lat po Buddy Holly . W 2001 roku Spike Jonze był gwiazdą (nakręcił dwa lata wcześniej Being John Malkovich, był w formalnym związku ze znaną Sofią Coppolą z tych Coppolich), a Weezer – cieniem swoich przebojowych odpowiedników z 1994 roku. Zespół milczał fonograficznie przez 5 długich lat przygnieciony klapą osobistego i ambitnego albumu Pinkerton (który zdążył obrosnąć kultem u przerażonych życiem nastolatków). Zaczęli więc od nowa – album nazywał się znowu tak jak zespół (debiut był niebieski, ten zielony), a teledysk do największego przeboju wyreżyserował ponownie Spike. Ta wersja nie była jednak oryginalnym wyborem – powstała najpierw wersja, na której zespół przygrywa do meksykańskiego ślubu, ręki Marcosa Siegi. Jednak po tym, jak basista Mikey Welsh próbował się zabić i został zamknięty w psychiatryku, a reszta szukała dopiero jego następcy, Jonze nakręcił znacznie bardziej znaną wersję numer dwa.

Czym byłby ten singiel bez teledysku? Oryginał widziałem w TV raz, wersję ze zwierzętami setki. Bo to najprostszy, najlepszy pomysł na świecie – puścić zespół samopas i dać im zwierzęta. Nawet najtwardsze serca z kamienia musiały choć trochę się obruszyć na sceny beztroskiej zabawy Riversa z małpką, czy całego zespołu łapiącego „stopa” za przebiegającym niedźwiadkiem. Pozbawione basisty trio zaliczyło swój ostatni europejski przebój, podobnie jak koncentrujący się coraz bardziej na poważnej kinematografii Spike Jonze zaliczył swój ostatni „wielki” teledysk (tu jednak historia zagrała nam na nosie, o czym niżej – dzwplobr).

Choć ostatnie (czytaj – uchwyciły je kamery MTV) spotkanie zespołu z reżyserem trochę powiązane z filmem miało miejsce na premierze łączącego slapstick, sketch-comedy i stuntmanizm Jackass w wersji kinowej (zarówno dla Jonze’a jak i Weezera dosyć zaskakujące miejsce na zaangażowanie się), zespół miał współpracować z reżyserem raz jeszcze, w 2008 r. Ponownie wydali album bez nazwy (tym razem czerwony) i chyba liczyli na kolejny złoty skok na kasę. Ich 6-minutowy, suitoidalny song The Greatest Man That Ever Lived miał być okraszony potężnym, ambitnym teledyskiem. Jednak żenująco słaba sprzedaż szóstego krążka grupy sprawiła, że ostatecznie piosence towarzyszył film skręcony naprędce z dokumentu o snowboardingu, w którym zespół się nie pojawia. Chyba nie muszę mówić, że wideo to nie doczekało się choćby krzty telewizyjnej kariery? (EM)

Beastie Boys – Don’t play no game that I can’t win (2011)

Nie ma przypadków! Pewnie nie uwierzycie, ale zaręczam, że ten wpis zaczął powstawać jeszcze zanim do Sieci wypłynęła wiadomość o nowym klipie B-Boys i Spike’a, ze scenariuszem autorstwa MCA. Tym samym, można powiedzieć, że mamy pierwszą na blogu premierę!

To historia, która dopiero się pisze, ja sam obejrzałem klip dopiero dwa razy, więc zostawię sobie dłuższe wnioski na później. Cieszy, że jest wersja dłuższa, że niemal wszystkie komentarze znajomych, jakie do mnie docierają, zawierają słowo „epic”. Czy nie takie powinny być efekty współpracy jednego z najlepszych połączeń artysta-reżyser w historii? Owszem, w 2011 roku już nie można liczyć na nokaut taki, jakim był Sabotage, pomysł z Beasties w roli supergości-niezniszczalnych bohaterów też już był (choćby w Body Movin’), kogo też mogą obchodzić po raz kolejny użyte action figures? Być może właśnie na tym polega klucz do sukcesu wariactw Spike’a Jonze’a – w jego rękach mogą wciąż obchodzić absolutnie wszystkich.

Poniżej wersja najbardziej fajna – director’s cut, full length, Ultra HD (360p, haha), explicit. Akcja, przygoda, krew, ogień, kobieta, pogonie, zombie (czy tylko ja widze we wzruszającej scenie, gdy Adrock i Mike D ratują MCA przed zombiakami aluzję do jego niedawnych problemów zdrowotnych?), yeti, helikoptery, łodzie podwodne. Oh my God, that’s the funky shit!

A za niecały tydzień niektóre dzieła Spike’a dla innych artystów, w tym Bjork, Dinosaur Jr, Wax, The Pharcyde i Daft Punk.

Opublikowano rezyserski | Dodaj komentarz